czwartek, 1 marca 2012

Rozdział 7 01.03.2012



 Rozdział VII




- Hej! Hiszpanka, a ty jeszcze śpisz? – Zabrzmiał przyjemny męski głos. Mruknęłam i  odwróciłam się. Arif siedział w nogach łóżka i trzymał poduszkę.
- A przepraszam bardzo, co ty tu robisz? Pukać Nie umiesz? – Usiadłam i podciągnęłam kołdrę. Wstał, wyszedł i zamknął drzwi. Za chwilę zapukał i wystawił głowę.
- Można? – Spytał i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Wariat z ciebie! Można, można. – Zaczęłam śmiać się w łóżku. Ar wziął poduszkę, którą trzymał wcześniej i rzucił we mnie. Natychmiast porwałam kolejne dwie i wymierzyłam w chłopaka. Strzał był celny, w stu procentach. Pierwsza poduszka uderzyła go w twarz, a kolejna w brzuch. Zaczęłam się śmiać jak zwariowana. Teraz to Arif odparł kontratak, a kiedy ja wygrzebywałam się spod poduszek, starszy z braci rzucił się na mnie, złapał w niedźwiedzim uścisku i zaczął mnie dusić. Śmiałam się jak opętana. Mało tego, że mnie dusił to jeszcze łaskotał. Po policzkach zaczęły mi płynąc łzy, ale to były łzy spowodowane śmianiem się.
- Ej Noe dość! Aaaaa! Skończ już! Hej! Bo zaraz nie wytrzymam!
- Ale czego nie wytrzymasz? – Spojrzał zdziwiony i z szyderczym uśmiechem.
- Do łazienki! – Krzyknęłam mu wprost do ucha.
- No to zmiataj! – Wskazał drzwi. Wyskoczyłam z łóżka, otworzyłam drzwi.
- Ale z ciebie jest głupek. – Śmiałam się na głos. Wpadłam do łazienki i zamknęłam drzwi, gdy Arif zaczął się do nich dobijać. Wzięłam prysznic, założyłam białą sukienkę, do kolan z krótkim rękawkiem. Włosy spięłam w kok. Wyszłam z toalety, rozejrzałam się po korytarzu i ruszyłam do drzwi mojego pokoju. Założyłam beżowe sandałki i zeszłam do kuchni.
- Dzień dobry pani. – Uśmiechnęłam się do Cassie

- Witaj Ivette. Tam na talerzu, są tosty z dżemem i cynamonem.
- Dziękuję. – Z uśmiechem wzięłam talerz z tostami, nalałam szklankę soku pomarańczowego usiadłam obok mamy Dahli.  Jadłam śniadanie z osobą, która obdarzyła mnie miłością. Która również się o mnie, troszczyła. Wiele bym oddala, żeby móc zjeść śniadanie z moją własną mamą. W ciszy i bez słów, ale ważne żeby zjeść. Pragnęłam spędzić, chociaż jeden dzień, z Dorothy. Odgoniłam od siebie te myśli i stwierdziłam, że porozmawiam o tym z moją mamą po powrocie. Pozmywałam za sobą naczynia, wzięłam laptop i wyszłam na taras. Sprawdziłam pocztę. Miałam wiadomość od Lorien i mamy. Najpierw przeczytałam i odpisałam na e-meila Lori. Natomiast wiadomość napisana przez mamę, wprowadziła mnie w zdumienie. Pisała, że bardzo za mną tęskni i, że żałuje z całego serca błędu jaki popełniła. Było jej strasznie źle na duszy, że całymi dniami nie było jej przy mnie, w domu. Odpisałam żeby się nie martwiła, że naprawimy ten błąd wspólnie. Siedziałam jeszcze chwilę, gdy zza rogu wyjawił się Farid.
- Hej! A my cię wszędzie szukamy. Wybrałabyś się z nami do miasta?
- Z nami, to znaczy z kim? – Posłałam mu szyderczy uśmiech.
- No ze mną, Arifem i Dalią.
- Dobra. Za pięć minut będę gotowa. – Odniosłam laptopa i wzięłam okulary. Cassie dała mi błękitną chustę i poradziła, abym przykryła nią ramiona. Wsiadłam do samochodu i zajęłam miejsce, obok Dahli.
- Dzisiaj już, wybierasz się do miasta. – Usłyszałam z boku kobiecy głos
- Tak.
- No to pomożesz nam zrobić zakupy, na imprezę. W sumie dzisiaj mamy środę, ale to i tak blisko do soboty. No a ty Ivcia, oczywiście chyba weźmiesz udział w zabawie. Prawda? – Arif zerknął na tylne siedzenie, gdzie zajęłam miejsce.
- No nie wiem czy powinnam… - Bąknęłam
- Powinnaś, musisz się trochę rozerwać Iva. To jest impreza u nas w ogrodzie.  – Dahlia objęła mnie ramieniem
- Dobrze, zgadzam się. – Uśmiech zagościł na mojej twarzy.
     Odwiedziliśmy chyba, ze dwadzieścia sklepów. Zakupów było tyle, że ledwo mieściliśmy się w samochodzie. Było tam mnóstwo owoców, oranżady i ciastek. Wędrowałam po mieście, w towarzystwie osób, które a jakiegoś powodu, zaczynały być moimi przyjaciółmi. Pokazali mi gdzie leża sklepy i nauczyli mnie, drogi do miasta. Piętnaście minut było do miasta, z domu Muhandenów. Teraz już wiedziałam, dlaczego Cassie dała mi błękitną chustkę. Bowiem chodzenie po mieście z odkrytymi ramionami, było tu hańbą. Tak jak przypuszczałam, ludność była tu przyjazna i towarzyska. Wracaliśmy do domu obładowanym samochodem. Byliśmy wymordowani upałem i gonitwą po sklepach. Na mieście, spędziliśmy dobre trzy godziny. Nie czułam bóg, a po powrocie marzyłam o przebraniu się w strój kąpielowy i spędzeniu reszty dnia na relaksowaniu się w basenie.

*

    Sobota nadeszła wcześniej, niż się spodziewałam. W czwartek wraz z Dahlią Cassie, przygotowywałyśmy posiłki. Było tego mnóstwo. Żartowałyśmy, że jedzenia wystarczy na tydzień. Chłopcy natomiast, układali stoły i krzesła. Reasumując, wykonywali cięższa pracę. Ale nagrodą, była kąpiel w basenie i topienie Dahl. Dal piątek natomiast, dekorowaliśmy cały dom, w balonach, serpentynach i wstążkach. Całe to przyjęcie, wydawało się mi trochę podejrzane. Nikt nie chciał mi zdradzić szczegółów, tej oto imprezy. Jedynie co było mi znane, to, że ma być tu około trzydziestu osób. W Hiszpanii przed takimi przyjęciami, czas ciągnął się mi w nieskończoność. nieskończoność tu? Zdaje mi się, że chyba wczoraj była środa, a już dzisiaj mamy sobotę. „Nie będę się na razie stroić.” – Stwierdziłam. Założyłam czerwone trampki, szare krótkie spodenki i fioletowy T-shirt z sercem. Włosy zostawiłam rozpuszczone, nie lubiłam za bardzo spinanych fryzur. Po śniadaniu, postanowiłam znowu powrócić do tego cudownego strumyka. Oznajmiłam Dahli, że wybieram się na spacer i zapewniłam, że będę najpóźniej za trzy godziny. Zgodziła się a ja, ruszyłam w kierunku, który dobrze zapamiętałam. Po dziesięciu minutach, znowu chłodziłam się w strumyku. Czułam, że po wyjeździe do Hiszpanii, będzie mi brakować tego miejsca. Myśli same odgoniły się z mojego umysłu, a ja poczułam się jak za pierwszym razem. W mojej duszy zagościł spokój, radość i opanowanie. „Chyba niewłaściwie posądziłam wtedy Dalię i niepotrzebnie szperałam w jej pokoju.” – Zabrzmiał chochlikowaty głos w mojej głowie. Owszem zaczynała być miła, ale to może tylko podstęp? Zdecydowałam, że na razie będę się jeszcze trzymać na dystans.
*
   Po powrocie Cassie, zakomunikowała mi, żebym ubrała najładniejszą sukienkę jaką mam. No i teraz przeglądam się w turkusowej sukience do kostek, z bolerkiem czarnymi balerinami. Włosy tak jak rano, delikatnie oplatały moje ramiona i plecy. Zeszłam na dół o szóstej i zobaczyłam w holu kilka osób. Przeważnie była to młodzież.
- Ivette! Już jesteś. Czekamy na ciebie. – Dahlia Dalia kremowej sukni i warkoczu na bok, zupełnie nie przypominała tej osoby, którą była na co dzień.
- Na mnie? A dlaczego? – Spojrzałam na nią, z lekkim uśmiechem na twarzy. Dotknęła mojego ramienia i kiwnęła w stronę tarasu. Lekko zdziwiona, podążyłam we wskazanym kierunku. Obok basenu stali Arif i Farid. Za nimi był jakiś mężczyzna. Odwrócił się i ku własnemu zdumieniu, stał tam Maurice. Uśmiechał się i wyciągnął ramiona. Okręcił mnie wkoło i pocałował w usta. Zebrani zaczęli bić brawo i gwizdać.
- Maurice! Ale jak? Co ty tu robisz? – Patrzyłam wprost, w jego zielone oczy.
- Mój ojciec przyleciał tu w interesach, interesach ja się z nim zabrałem. Arif spisał mój numer, zadzwonił i przyleciałem skarbie.
- Nie ważne, że wziął numer z mojego telefonu, ale teraz istotne  jest to, że tu jesteś. – Pocałowałam go, nadal tulać. Poszliśmy do mojego pokoju, aby móc w spokoju przegadać całą noc. 

-------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Mam nadzieję,że rozdział siódmy przypadnie wam do gustu. A już wkrótce rozdział ósmy:)