Rozdział VII
- Hej! Hiszpanka, a ty jeszcze śpisz? –
Zabrzmiał przyjemny męski głos. Mruknęłam i
odwróciłam się. Arif siedział w nogach łóżka i trzymał poduszkę.
- A przepraszam bardzo, co ty tu robisz?
Pukać Nie umiesz? – Usiadłam i podciągnęłam kołdrę. Wstał, wyszedł i zamknął
drzwi. Za chwilę zapukał i wystawił głowę.
- Można? – Spytał i wyszczerzył zęby w
uśmiechu.
- Wariat z ciebie! Można, można. – Zaczęłam
śmiać się w łóżku. Ar wziął poduszkę, którą trzymał wcześniej i rzucił we mnie.
Natychmiast porwałam kolejne dwie i wymierzyłam w chłopaka. Strzał był celny, w
stu procentach. Pierwsza poduszka uderzyła go w twarz, a kolejna w brzuch.
Zaczęłam się śmiać jak zwariowana. Teraz to Arif odparł kontratak, a kiedy ja
wygrzebywałam się spod poduszek, starszy z braci rzucił się na mnie, złapał w
niedźwiedzim uścisku i zaczął mnie dusić. Śmiałam się jak opętana. Mało tego,
że mnie dusił to jeszcze łaskotał. Po policzkach zaczęły mi płynąc łzy, ale to
były łzy spowodowane śmianiem się.
- Ej Noe dość! Aaaaa! Skończ już! Hej! Bo
zaraz nie wytrzymam!
- Ale czego nie wytrzymasz? – Spojrzał
zdziwiony i z szyderczym uśmiechem.
- Do łazienki! – Krzyknęłam mu wprost do
ucha.
- No to zmiataj! – Wskazał drzwi.
Wyskoczyłam z łóżka, otworzyłam drzwi.
- Ale z ciebie jest głupek. – Śmiałam się
na głos. Wpadłam do łazienki i zamknęłam drzwi, gdy Arif zaczął się do nich
dobijać. Wzięłam prysznic, założyłam białą sukienkę, do kolan z krótkim
rękawkiem. Włosy spięłam w kok. Wyszłam z toalety, rozejrzałam się po korytarzu
i ruszyłam do drzwi mojego pokoju. Założyłam beżowe sandałki i zeszłam do
kuchni.
- Dzień dobry pani. – Uśmiechnęłam się do
Cassie
- Witaj Ivette. Tam na talerzu, są tosty z
dżemem i cynamonem.
- Dziękuję. – Z uśmiechem wzięłam talerz z
tostami, nalałam szklankę soku pomarańczowego usiadłam obok mamy Dahli. Jadłam śniadanie z osobą, która obdarzyła
mnie miłością. Która również się o mnie, troszczyła. Wiele bym oddala, żeby móc
zjeść śniadanie z moją własną mamą. W ciszy i bez słów, ale ważne żeby zjeść.
Pragnęłam spędzić, chociaż jeden dzień, z Dorothy. Odgoniłam od siebie te myśli
i stwierdziłam, że porozmawiam o tym z moją mamą po powrocie. Pozmywałam za
sobą naczynia, wzięłam laptop i wyszłam na taras. Sprawdziłam pocztę. Miałam
wiadomość od Lorien i mamy. Najpierw przeczytałam i odpisałam na e-meila Lori.
Natomiast wiadomość napisana przez mamę, wprowadziła mnie w zdumienie. Pisała,
że bardzo za mną tęskni i, że żałuje z całego serca błędu jaki popełniła. Było
jej strasznie źle na duszy, że całymi dniami nie było jej przy mnie, w domu.
Odpisałam żeby się nie martwiła, że naprawimy ten błąd wspólnie. Siedziałam
jeszcze chwilę, gdy zza rogu wyjawił się Farid.
- Hej! A my cię wszędzie szukamy.
Wybrałabyś się z nami do miasta?
- Z nami, to znaczy z kim? – Posłałam mu
szyderczy uśmiech.
- No ze mną, Arifem i Dalią.
- Dobra. Za pięć minut będę gotowa. –
Odniosłam laptopa i wzięłam okulary. Cassie dała mi błękitną chustę i
poradziła, abym przykryła nią ramiona. Wsiadłam do samochodu i zajęłam miejsce,
obok Dahli.
- Dzisiaj już, wybierasz się do miasta. –
Usłyszałam z boku kobiecy głos
- Tak.
- No to pomożesz nam zrobić zakupy, na
imprezę. W sumie dzisiaj mamy środę, ale to i tak blisko do soboty. No a ty
Ivcia, oczywiście chyba weźmiesz udział w zabawie. Prawda? – Arif zerknął na
tylne siedzenie, gdzie zajęłam miejsce.
- No nie wiem czy powinnam… - Bąknęłam
- Powinnaś, musisz się trochę rozerwać Iva.
To jest impreza u nas w ogrodzie. –
Dahlia objęła mnie ramieniem
- Dobrze, zgadzam się. – Uśmiech zagościł
na mojej twarzy.
Odwiedziliśmy
chyba, ze dwadzieścia sklepów. Zakupów było tyle, że ledwo mieściliśmy się w
samochodzie. Było tam mnóstwo owoców, oranżady i ciastek. Wędrowałam po
mieście, w towarzystwie osób, które a jakiegoś powodu, zaczynały być moimi
przyjaciółmi. Pokazali mi gdzie leża sklepy i nauczyli mnie, drogi do miasta.
Piętnaście minut było do miasta, z domu Muhandenów. Teraz już wiedziałam,
dlaczego Cassie dała mi błękitną chustkę. Bowiem chodzenie po mieście z
odkrytymi ramionami, było tu hańbą. Tak jak przypuszczałam, ludność była tu
przyjazna i towarzyska. Wracaliśmy do domu obładowanym samochodem. Byliśmy
wymordowani upałem i gonitwą po sklepach. Na mieście, spędziliśmy dobre trzy
godziny. Nie czułam bóg, a po powrocie marzyłam o przebraniu się w strój
kąpielowy i spędzeniu reszty dnia na relaksowaniu się w basenie.
*
Sobota nadeszła
wcześniej, niż się spodziewałam. W czwartek wraz z Dahlią Cassie,
przygotowywałyśmy posiłki. Było tego mnóstwo. Żartowałyśmy, że jedzenia
wystarczy na tydzień. Chłopcy natomiast, układali stoły i krzesła. Reasumując,
wykonywali cięższa pracę. Ale nagrodą, była kąpiel w basenie i topienie Dahl.
Dal piątek natomiast, dekorowaliśmy cały dom, w balonach, serpentynach i
wstążkach. Całe to przyjęcie, wydawało się mi trochę podejrzane. Nikt nie
chciał mi zdradzić szczegółów, tej oto imprezy. Jedynie co było mi znane, to,
że ma być tu około trzydziestu osób. W Hiszpanii przed takimi przyjęciami, czas
ciągnął się mi w nieskończoność. nieskończoność tu? Zdaje mi się, że chyba
wczoraj była środa, a już dzisiaj mamy sobotę. „Nie będę się na razie stroić.”
– Stwierdziłam. Założyłam czerwone trampki, szare krótkie spodenki i fioletowy
T-shirt z sercem. Włosy zostawiłam rozpuszczone, nie lubiłam za bardzo
spinanych fryzur. Po śniadaniu, postanowiłam znowu powrócić do tego cudownego
strumyka. Oznajmiłam Dahli, że wybieram się na spacer i zapewniłam, że będę
najpóźniej za trzy godziny. Zgodziła się a ja, ruszyłam w kierunku, który
dobrze zapamiętałam. Po dziesięciu minutach, znowu chłodziłam się w strumyku.
Czułam, że po wyjeździe do Hiszpanii, będzie mi brakować tego miejsca. Myśli
same odgoniły się z mojego umysłu, a ja poczułam się jak za pierwszym razem. W
mojej duszy zagościł spokój, radość i opanowanie. „Chyba niewłaściwie
posądziłam wtedy Dalię i niepotrzebnie szperałam w jej pokoju.” – Zabrzmiał chochlikowaty
głos w mojej głowie. Owszem zaczynała być miła, ale to może tylko podstęp?
Zdecydowałam, że na razie będę się jeszcze trzymać na dystans.
*
Po powrocie Cassie,
zakomunikowała mi, żebym ubrała najładniejszą sukienkę jaką mam. No i teraz
przeglądam się w turkusowej sukience do kostek, z bolerkiem czarnymi
balerinami. Włosy tak jak rano, delikatnie oplatały moje ramiona i plecy. Zeszłam
na dół o szóstej i zobaczyłam w holu kilka osób. Przeważnie była to młodzież.
- Ivette! Już jesteś. Czekamy na ciebie. –
Dahlia Dalia kremowej sukni i warkoczu na bok, zupełnie nie przypominała tej
osoby, którą była na co dzień.
- Na mnie? A dlaczego? – Spojrzałam na nią,
z lekkim uśmiechem na twarzy. Dotknęła mojego ramienia i kiwnęła w stronę
tarasu. Lekko zdziwiona, podążyłam we wskazanym kierunku. Obok basenu stali
Arif i Farid. Za nimi był jakiś mężczyzna. Odwrócił się i ku własnemu
zdumieniu, stał tam Maurice. Uśmiechał się i wyciągnął ramiona. Okręcił mnie wkoło
i pocałował w usta. Zebrani zaczęli bić brawo i gwizdać.
- Maurice! Ale jak? Co ty tu robisz? –
Patrzyłam wprost, w jego zielone oczy.
- Mój ojciec przyleciał tu w interesach, interesach
ja się z nim zabrałem. Arif spisał mój numer, zadzwonił i przyleciałem skarbie.
- Nie ważne, że wziął numer z mojego telefonu,
ale teraz istotne jest to, że tu jesteś.
– Pocałowałam go, nadal tulać. Poszliśmy do mojego pokoju, aby móc w spokoju
przegadać całą noc.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję,że rozdział siódmy przypadnie wam do gustu. A już wkrótce rozdział ósmy:)




