czwartek, 1 marca 2012

Rozdział 7 01.03.2012



 Rozdział VII




- Hej! Hiszpanka, a ty jeszcze śpisz? – Zabrzmiał przyjemny męski głos. Mruknęłam i  odwróciłam się. Arif siedział w nogach łóżka i trzymał poduszkę.
- A przepraszam bardzo, co ty tu robisz? Pukać Nie umiesz? – Usiadłam i podciągnęłam kołdrę. Wstał, wyszedł i zamknął drzwi. Za chwilę zapukał i wystawił głowę.
- Można? – Spytał i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Wariat z ciebie! Można, można. – Zaczęłam śmiać się w łóżku. Ar wziął poduszkę, którą trzymał wcześniej i rzucił we mnie. Natychmiast porwałam kolejne dwie i wymierzyłam w chłopaka. Strzał był celny, w stu procentach. Pierwsza poduszka uderzyła go w twarz, a kolejna w brzuch. Zaczęłam się śmiać jak zwariowana. Teraz to Arif odparł kontratak, a kiedy ja wygrzebywałam się spod poduszek, starszy z braci rzucił się na mnie, złapał w niedźwiedzim uścisku i zaczął mnie dusić. Śmiałam się jak opętana. Mało tego, że mnie dusił to jeszcze łaskotał. Po policzkach zaczęły mi płynąc łzy, ale to były łzy spowodowane śmianiem się.
- Ej Noe dość! Aaaaa! Skończ już! Hej! Bo zaraz nie wytrzymam!
- Ale czego nie wytrzymasz? – Spojrzał zdziwiony i z szyderczym uśmiechem.
- Do łazienki! – Krzyknęłam mu wprost do ucha.
- No to zmiataj! – Wskazał drzwi. Wyskoczyłam z łóżka, otworzyłam drzwi.
- Ale z ciebie jest głupek. – Śmiałam się na głos. Wpadłam do łazienki i zamknęłam drzwi, gdy Arif zaczął się do nich dobijać. Wzięłam prysznic, założyłam białą sukienkę, do kolan z krótkim rękawkiem. Włosy spięłam w kok. Wyszłam z toalety, rozejrzałam się po korytarzu i ruszyłam do drzwi mojego pokoju. Założyłam beżowe sandałki i zeszłam do kuchni.
- Dzień dobry pani. – Uśmiechnęłam się do Cassie

- Witaj Ivette. Tam na talerzu, są tosty z dżemem i cynamonem.
- Dziękuję. – Z uśmiechem wzięłam talerz z tostami, nalałam szklankę soku pomarańczowego usiadłam obok mamy Dahli.  Jadłam śniadanie z osobą, która obdarzyła mnie miłością. Która również się o mnie, troszczyła. Wiele bym oddala, żeby móc zjeść śniadanie z moją własną mamą. W ciszy i bez słów, ale ważne żeby zjeść. Pragnęłam spędzić, chociaż jeden dzień, z Dorothy. Odgoniłam od siebie te myśli i stwierdziłam, że porozmawiam o tym z moją mamą po powrocie. Pozmywałam za sobą naczynia, wzięłam laptop i wyszłam na taras. Sprawdziłam pocztę. Miałam wiadomość od Lorien i mamy. Najpierw przeczytałam i odpisałam na e-meila Lori. Natomiast wiadomość napisana przez mamę, wprowadziła mnie w zdumienie. Pisała, że bardzo za mną tęskni i, że żałuje z całego serca błędu jaki popełniła. Było jej strasznie źle na duszy, że całymi dniami nie było jej przy mnie, w domu. Odpisałam żeby się nie martwiła, że naprawimy ten błąd wspólnie. Siedziałam jeszcze chwilę, gdy zza rogu wyjawił się Farid.
- Hej! A my cię wszędzie szukamy. Wybrałabyś się z nami do miasta?
- Z nami, to znaczy z kim? – Posłałam mu szyderczy uśmiech.
- No ze mną, Arifem i Dalią.
- Dobra. Za pięć minut będę gotowa. – Odniosłam laptopa i wzięłam okulary. Cassie dała mi błękitną chustę i poradziła, abym przykryła nią ramiona. Wsiadłam do samochodu i zajęłam miejsce, obok Dahli.
- Dzisiaj już, wybierasz się do miasta. – Usłyszałam z boku kobiecy głos
- Tak.
- No to pomożesz nam zrobić zakupy, na imprezę. W sumie dzisiaj mamy środę, ale to i tak blisko do soboty. No a ty Ivcia, oczywiście chyba weźmiesz udział w zabawie. Prawda? – Arif zerknął na tylne siedzenie, gdzie zajęłam miejsce.
- No nie wiem czy powinnam… - Bąknęłam
- Powinnaś, musisz się trochę rozerwać Iva. To jest impreza u nas w ogrodzie.  – Dahlia objęła mnie ramieniem
- Dobrze, zgadzam się. – Uśmiech zagościł na mojej twarzy.
     Odwiedziliśmy chyba, ze dwadzieścia sklepów. Zakupów było tyle, że ledwo mieściliśmy się w samochodzie. Było tam mnóstwo owoców, oranżady i ciastek. Wędrowałam po mieście, w towarzystwie osób, które a jakiegoś powodu, zaczynały być moimi przyjaciółmi. Pokazali mi gdzie leża sklepy i nauczyli mnie, drogi do miasta. Piętnaście minut było do miasta, z domu Muhandenów. Teraz już wiedziałam, dlaczego Cassie dała mi błękitną chustkę. Bowiem chodzenie po mieście z odkrytymi ramionami, było tu hańbą. Tak jak przypuszczałam, ludność była tu przyjazna i towarzyska. Wracaliśmy do domu obładowanym samochodem. Byliśmy wymordowani upałem i gonitwą po sklepach. Na mieście, spędziliśmy dobre trzy godziny. Nie czułam bóg, a po powrocie marzyłam o przebraniu się w strój kąpielowy i spędzeniu reszty dnia na relaksowaniu się w basenie.

*

    Sobota nadeszła wcześniej, niż się spodziewałam. W czwartek wraz z Dahlią Cassie, przygotowywałyśmy posiłki. Było tego mnóstwo. Żartowałyśmy, że jedzenia wystarczy na tydzień. Chłopcy natomiast, układali stoły i krzesła. Reasumując, wykonywali cięższa pracę. Ale nagrodą, była kąpiel w basenie i topienie Dahl. Dal piątek natomiast, dekorowaliśmy cały dom, w balonach, serpentynach i wstążkach. Całe to przyjęcie, wydawało się mi trochę podejrzane. Nikt nie chciał mi zdradzić szczegółów, tej oto imprezy. Jedynie co było mi znane, to, że ma być tu około trzydziestu osób. W Hiszpanii przed takimi przyjęciami, czas ciągnął się mi w nieskończoność. nieskończoność tu? Zdaje mi się, że chyba wczoraj była środa, a już dzisiaj mamy sobotę. „Nie będę się na razie stroić.” – Stwierdziłam. Założyłam czerwone trampki, szare krótkie spodenki i fioletowy T-shirt z sercem. Włosy zostawiłam rozpuszczone, nie lubiłam za bardzo spinanych fryzur. Po śniadaniu, postanowiłam znowu powrócić do tego cudownego strumyka. Oznajmiłam Dahli, że wybieram się na spacer i zapewniłam, że będę najpóźniej za trzy godziny. Zgodziła się a ja, ruszyłam w kierunku, który dobrze zapamiętałam. Po dziesięciu minutach, znowu chłodziłam się w strumyku. Czułam, że po wyjeździe do Hiszpanii, będzie mi brakować tego miejsca. Myśli same odgoniły się z mojego umysłu, a ja poczułam się jak za pierwszym razem. W mojej duszy zagościł spokój, radość i opanowanie. „Chyba niewłaściwie posądziłam wtedy Dalię i niepotrzebnie szperałam w jej pokoju.” – Zabrzmiał chochlikowaty głos w mojej głowie. Owszem zaczynała być miła, ale to może tylko podstęp? Zdecydowałam, że na razie będę się jeszcze trzymać na dystans.
*
   Po powrocie Cassie, zakomunikowała mi, żebym ubrała najładniejszą sukienkę jaką mam. No i teraz przeglądam się w turkusowej sukience do kostek, z bolerkiem czarnymi balerinami. Włosy tak jak rano, delikatnie oplatały moje ramiona i plecy. Zeszłam na dół o szóstej i zobaczyłam w holu kilka osób. Przeważnie była to młodzież.
- Ivette! Już jesteś. Czekamy na ciebie. – Dahlia Dalia kremowej sukni i warkoczu na bok, zupełnie nie przypominała tej osoby, którą była na co dzień.
- Na mnie? A dlaczego? – Spojrzałam na nią, z lekkim uśmiechem na twarzy. Dotknęła mojego ramienia i kiwnęła w stronę tarasu. Lekko zdziwiona, podążyłam we wskazanym kierunku. Obok basenu stali Arif i Farid. Za nimi był jakiś mężczyzna. Odwrócił się i ku własnemu zdumieniu, stał tam Maurice. Uśmiechał się i wyciągnął ramiona. Okręcił mnie wkoło i pocałował w usta. Zebrani zaczęli bić brawo i gwizdać.
- Maurice! Ale jak? Co ty tu robisz? – Patrzyłam wprost, w jego zielone oczy.
- Mój ojciec przyleciał tu w interesach, interesach ja się z nim zabrałem. Arif spisał mój numer, zadzwonił i przyleciałem skarbie.
- Nie ważne, że wziął numer z mojego telefonu, ale teraz istotne  jest to, że tu jesteś. – Pocałowałam go, nadal tulać. Poszliśmy do mojego pokoju, aby móc w spokoju przegadać całą noc. 

-------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Mam nadzieję,że rozdział siódmy przypadnie wam do gustu. A już wkrótce rozdział ósmy:)

środa, 29 lutego 2012

Rozdział 6 29.02.2012


 Rozdział VI




   Minęły dwa dni od śmierci babci. Nie byłam w stanie, wyjść z własnego pokoju. Owszem, dbali tu o mnie, przynosili mi jedzenie. Ale ja nie byłam w stanie nic przełknąć. Rodzeństwo na zmianę zajmowało mi czas. I wcale się im nie dziwię, snułam się jak duch. Czułam się jakby mi ktoś, zabrał połowę duszy. Wziął sobie całe, dotychczasowe życie. Dziwiłam się, po co jeszcze w ogóle żyję. Czy muszę oddychać? Przecież mogę przestać. Ale nie dałabym razy, babci na pewno nie spodobałby się mój pomysł. Wiedziałam, że będzie mi jej brakować, ale ona zawsze pozostanie ze mną. W moim sercu. Jako najlepsza i najprawdziwsza przyjaciółka. Co nie znaczy, ze Lorka jest gorsza, wcale nie. Czekoladka zawsze będzie moją przyjaciółką, na dobre i na złe. Nie zastąpi mi babci, ale też jest przyjaciółką od serca. Wyjęłam z torebki zdjęcie. Byłyśmy tam z Lorcią, zostało zrobione na wiosnę w parku. Ile ja bym oddała, żeby móc z nią teraz porozmawiać. Owszem Dahlia też zaczyna mi sugerować przyjaźń, ale po tym co się dowiedziałam, to już trzy dni temu wyjechałabym stąd. W pokoju rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu. „Ciekawe, kto tym razem dzwoni.” – Spojrzałam na wyświetlacz, Maurice. „I co ja mam mu powiedzieć? Odebrać?” Wcisnęłam przycisk „odbierz” i westchnęłam.
- Halo? – Starałam się, żeby mój głos zabrzmiał normalnie. Ale nie udało się. Dwa dni płakania, trochę zmieniły barwę mojego głosu.
- Ivcia, tak mi przykro. Nie wiem co powiedzieć. Gdybym mógł, przytuliłbym cię i nie wypuszczał. Tak bardzo mi ciebie brakuje. Czuję, że zaraz zwariuję.
- Proszę cię Maurice. Muszę mieć w kimś oparcie. Wystarczy, że rodzice i Lorka się nade mną użalają, ale ja tego nie chcę. Pragnę takiej osoby, z którą będę mogła, normalnie porozmawiać.
- Dobrze, jeżeli takie jest twoje życzenie, proszę bardzo. Będę takim samym normalnym człowiekiem, jak wcześniej.
- Dziękuję. Naprawdę bardzo ci dziękuję, teraz czuję, że i w tobie mogę mieć wsparcie. Może to dziwnie zabrzmi, ale czuję tak jakbym cię znała od zawsze. Jesteś jakby…moją bratnią duszą…
- Wiesz Ivcia, ja też tak czuję. Zrozumiałem to, gdy wyjechałaś. Nawet nie wiesz, jak bardzo mi cię brakuje. Tak tu smutno i pusto bez ciebie.
- nawet nie wiesz jak ja, za tobą tęsknię. Śnisz mi się po nocach. Cały czas odtwarzam, tamto nasze spotkanie na plaży. Wiesz, chętnie bym to powtórzyła. – Lekko się uśmiechnęłam.
- Oj i nawet wiem, że taka okazja się nadarzy. Oczywiście po twoim powrocie do Hiszpanii. Tylko chcę żebyś wiedziała, ze chcę znać każdy szczegół z twojej arabskiej wyprawy.
- Jasne. Sprawozdanie masz murowane. Jedne momenty będą bardziej, a drugie mniej ciekawe.
- Zaczynam odliczać czas do siódmego sierpnia. Trzymaj się słoneczko ty moje. Pa Ivcia. – Rozłączył się.
   Maurice to był ktoś, kogo sobie wymarzyłam. Właśnie takiego chłopaka pragnęłam, a w głębi serca czułam, że to on. Ten jedyny, wymarzony. Ten, dla którego byłabym w stanie oddać życie.

*

   Stwierdziłam, że nie dam rady dalej się nad sobą użalać. Założyłam niebieski T-shirt a napisem :” I love you” , do tego krótkie spodenki, czerwone trampki i okulary. Oświadczyłam pani Muhanden, że wybieram się na spacer. Zostawiłam jej swój numer komórki, na wypadek gdybym się zgubiła. Wyszłam z ogrodzenia i ruszyłam przed siebie. Chwilę kroczyłam po piasku, gdy moim oczom ukazał się lasek. „To pewnie fatamorgana.” – Uspokoiłam się z duchu. Przystanęłam i nagle poczułam, że muszę tam pójść. Skierowałam moje kroki, w kierunku tajemniczego lasku. Weszłam powoli rozglądając się na boki, gdy dobiegł mnie odgłos strumyczka. „Niewiarygodne. Strumyczek na pustyni.” – Przedarłam się pomiędzy drzewami i dojrzałam go. Był mały, ale piękny. Otoczony kamieniami. Usiadłam na jednym z nich, zdjęłam trampki, a nogi zanurzyłam w wodzie. Na zewnątrz było bardzo ciepło, ale strumyk był orzeźwiający. Czułam jak cały dotychczasowy ból i smutek, ustępują, jak robię miejsce szczęściu i radości z życia. Zaczęłam marzyć, to było jak jakaś pomocna terapia. Nawet lepsza, niż pisanie pamiętnika. Tu mój umysł i serce, zaczęły się oczyszczać. Czułam się jak podczas medytacji, tylko o wiele lepszej. Nie trzeba było za bardzo się skupiać, a cały stres powoli mnie opuszczał. Stopniowo, ale skutecznie zaczęłam się relaksować. Czułam się jak nowo narodzona.

*

   Zerknęłam na telefon. Była szesnasta, a z domu wyszłam o trzynastej. Pani Muhanden, z rodzeństwem, będą się o mnie martwić. Westchnęłam, założyłam buty i ruszyłam w drogę powrotną. Zerknęłam jeszcze za plecy, zapamiętałam drogę do tego cudownego miejsca. Westchnęłam i ruszyłam do domu. Po drodze mijałam kilku ludzi na wielbłądach. Tutejsza ludność, zdawała się być przyjazna i towarzyska.
   Do domu dotarłam po dwudziestu minutach. Otworzyłam bramkę, przeszłam przez ogrodzenie do domu.
- Ivette! To ty? – Usłyszałam zatroskany głos mamy Dahli
- Tak to ja. – Weszłam do salonu. Byli tam. Rodzeństwo i mam Dahli, pani Cassia. Usiadłam na kanapie, obok braci.
- Iv skarbie, gdzie byłaś? – Pani Muhanden posłała mi przyjazne spojrzenie.
- Oj no coż, zaczęłam spacerować i trochę się pogubiłam. Ale nawet wyszło mi to na dobre, bo potrzebowałam spokoju. Wiem, ze zachowywałam się okropnie nie dając wam znać gdzie jestem, ani kiedy wrócę. Ale po śmierci babci, nie potrafię się odnaleźć. Ta chwila spokoju, dużo mnie nauczyła. Zrozumiałam, że zachowywałam się okropnie wobec was i przepraszam. Staraliście się poświęcać mi czas, ale ja was nie chciałam. Czuję się teraz okropnie, myśląc o tym i uważam, że zachowałam się jak małe nadąsane dziecko. -  Spojrzałam na nich. Czułam się lepiej, ulżyło mi na duszy. Nie wiedziałam jak im to powiem, ale słowa same płynęły z moich ust. I były to słowa z głębi serca. Wiedziałam, że zachowałam się wobec nich źle, mam nadzieję, że mi to wybaczą.
- Rozumiemy cię w pełni Ivet. Wiemy co musisz czuć, nie chcieliśmy się ci zbytnio narzucać. Potrzebowałaś czasu, żeby dojść do siebie. – Dahlia uśmiechnęła się do mnie.
- No właśnie. Najgorzej jest przeżyć stratę, bliskiej osoby. Chcieliśmy ci pomoc, ale ty musiałaś sama to jakoś ogarnąć. – Cassie przytuliła mnie. Poczułam cos, czego mi brakowało. Uścisku, matczynego uścisku. Cass nie była moją mamą, ale zrobiła coś, czego oczekiwałam od mojej własnej mamy. Obdarzyła mnie przyjacielskim uściskiem, ale pełnym miłości, zrozumienia i współczucia. Było mi tak dobrze, nie chciałam tego przerywać. I nie wiedząc kiedy, rozpłakałam się. A Cassie nadal mnie tuliła.


 ------------------------------------------------------------------------------------------------
 Witam. a oto kolejny rozdział. Myślę,że on też się wam spodoba. Czekam na komentarze i opinie, co o nim sądzicie. sumitha


wtorek, 28 lutego 2012

Rozdział 5 28.02.2012


    Rozdział V





 Obudziły mnie szmery, dobiegające z dołu. „-Mhm. Smakowicie pachnie. – Pomyślałam, wciągając powietrze.” Usiadłam po turecku na łóżku, sięgnęłam do torby i wyjęłam przybory toaleto, ręcznik i szczotkę. Otworzyłam drzwi i usłyszałam kawałek rozmowy.
- Tak! Ta jego przemiła córunia tu jest! Jak to, po co się zgodziłam? A jaki był plan? Nie, nic nie wie. On na pewno nic nie wywęszy! Spokojnie. Miesiąc tu będzie. Dobra, za dziesięć minut, tam gdzie zawsze. Będę. – Wyraźnie słyszałam głos Dahli. „O co tu chodzi?” – Pomyślałam Zamknęłam drzwi i wróciłam do torby, udając, że czegoś szukam. Właśnie w tym momencie o tworzyły się drzwi i stanęła w nich arabka, pełną okazałością.
- Widzę, że już nie śpisz. – Podeszła i zajęła miejsce w fotelu, naprzeciwko mnie.
- Nie, poczułam chęć odświeżenia się i zgłodniałam trochę. – Spojrzałam na nią i posłałam uśmiech.
- Mama zrobiła omlety z sosem klonowym, a łazienka jest na końcu korytarza. Zobaczymy się po południe. Pa. – Dodała i wyszła z całą gracją. „- Ciekawe co ta laska kombinuje. Zajmę się tym potem. – Chwyciłam rzeczy i ruszyłam do łazienki.”
     Po gorącej kąpieli, z ręcznikiem na głowie, udałam się do kuchni. Zauważyłam na stole talerz z stosem naleśników, a obok karteczkę : „Dla Ive.” „- Jak to miło z ich strony. – Pomyślałam.” Jedząc nadal myślałam, co Dal mogła kombinować.
- Hej hiszpanka! Jedziemy z Faradem do miasta, chcesz się zabrać? – Arif obdarzył mnie przyjacielskim spojrzeniem i uśmiechem.
- Cześć. Nie dzięki, chciałabym się tu najpierw trochę oswoić. – teraz to ja, posłałam mu uśmiech.
- Spoko. Rozumiem. Początki SA trudne. No to narka.
- Narka. – Po tych słowach, Arif wyszedł i zostałam sama w kuchni. Po szybki spenetrowaniu budynku, uznałam, że jestem sama. Wzięłam telefon komórkowy i weszłam do pokoju Dahli. Czułam się dziwnie, myszkując w jej pokoju. Ale to co rano usłyszałam, nie dawało mi spokoju. Przeszukałam biurko i komodę, ale nic nie znalazłam. Został mi laptop. Nie miałam czasu czytać teraz jej poczty, wiec wyciągnęłam pendriva i skopiowałam e-meile. Wyszłam z pokoju Dahli i podążyłam w kierunku swojego. Uruchomiłam laptop i podłączyłam pendrive’a. Postanowiłam przejrzeć najpierw meile. Kliknęłam w pierwszą wiadomość i przeczytałam ją. Treść brzmiała tak:


Ok zajmę się wszystkim, wiem, że zależy nam na obskubaniu tego gościa z kasy, oraz zemszczę się na jego rodzinie. A tą mała nastolatka, to ja już się zajmę.

I tu wiadomość, się kończyła. „Nie, ja tego sama tak nie zostawię.”- Sięgnęłam po telefon komórkowy. Wystukałam numer do Lorien. Odczekałam trzy sygnały i już miałam się rozłączyć, kiedy odebrała i usłyszałam w słuchawce zaspany głos. No tak, w Hiszpanii była teraz dziewiąta, a Lor nie znosiła, kiedy budziło się ją wcześnie.
- Halo? – Wymamrotała zaspanym glosem.
- Hej. Lorka to ja. Ona chce się nas pozbyć!
- Kto? Kogo chce się pozbyć? – Usłyszałam, że głos mojej przyjaciółki, nagle się ożywił.
- Dahlia, mnie i mojej rodziny! Właśnie czytam jej pocztę.
- Co? Chwila, Cynka powiedz jeszcze raz wszystko od nowa, bo jakoś nie łapię.
- Rano przez przypadek, podsłuchałam rozmowę Dahl Dal kimś. Wydało mi się podejrzane to, co usłyszałam. I teraz, kiedy nikogo w domu nie ma, poszperałam w jej pokoju a na pendriva ściągnęłam pocztę. Mam teraz przed oczami, jednego z e-maili i treść mniej więcej, brzmi tak: „Wiem, że zależy nam na obskubaniu tego gościa z kasy, oraz zemszczę się na jego rodzinie.”
- To o co może jej chodzić? Może z nią porozmawiaj.
- Lorka widać, że jesteś niewyspana. Tu właśnie chodzi o to, żebym się nie dowiedziała.
- No to udawaj, ze wszystko jest okey. A powiesz rodzicom?
- Nie wiem, a czy według ciebie uwierzyliby mi? – Podeszłam do okna. Dahl przyjechała. – Słuchaj muszę kończyć, arabka wróciła. Pa. – Rozłączyłam się, wyciągnęłam pendriva i zaczęłam buszować po necie. Wyszłam na balkon, a do mojego pokoju wpadła chustkowa dama.
- A  ty tu nadal siedzisz? – Spojrzała na mnie i usiadła na drugim krześle.
- A co mam robić? Jestem tu dopiero drugi dzień. – Zerknęłam na nią, spod laptopa.
- Dobra chodź, przebierz się w strój kąpielowy. Za domem mamy basen, nie będziesz tu siedzieć cały dzień. – Uśmiechnęła się i wyszła.
  „Żebym tylko mogła, to przesiedziałabym tu cały miesiąc, żeby dowiedzieć się co kombinujesz.” – Syknął głos w mojej głowie.
   Niechętnie wróciłam do pokoju, odłożyłam laptopa i przebrałam się w turkusowy dwuczęściowy strój kąpielowy. Ubrałam na to, beżową sukienkę na ramiączkach do kolan. Założyłam niebieskie japonki i wzięłam ręcznik. Zeszłam do salonu, Dahlia już na mnie czekała. Miała na sobie lekką, czerwoną suknię. Wyszłyśmy z domu i ruszyły na tyły. Na tarasie były leżaki, a na wprost znajdował się duży basen. Zdjęłam sukienkę i usiadłam na jednym, z niebieskich leżaków. Arif i farid dołączyli do nas.
- Hej Ar! Patrz jakie interesujące, są te hiszpanki.
- No, aż napatrzeć się człowiek nie może. – Szturchnął brata w ramię. Podeszli do mnie, chwycili za ręce i nogi i wrzucili do basenu. Ze śmiechu, zalewali się łzami. Zaszłam ich z tylu i popchnęłam tak, że wylądowali w wodzie. Wskoczyłam i zaczęłam pływać. Nagle z domu wyszła Dahlia, trzymian w ręce moją komórkę.
- Ivet! Telefon do ciebie. – Skierowała do mnie słowa.
- Halo?
- Ivet to ja, twoja mam. – Zabrzmiał cicho głos w słuchawce.
- mamo! Czy coś się stało?! – Krzyknęłam do telefonu. Usiadłam na leżaku. Cała trojka rodzeństwa zerknęła na mnie.
- Ivcio, chodzi o babcię.
- Co z nią? – Zatkałam usta ręka.
- Ivcia tak mi przykro, ale babcia nie żyje. – Szepnęła mama.
   Rozłączyłam się i rozpłakałam. Dahl nie pytając, co się stało zajęła miejsce obok i przytuliła mnie. Arif przytulił mnie z drugiej strony, a Farid podał mi chusteczki i otulił kocem.

-----------------------------------------------------------------------------------------------
 Liczę na wasze komentarze i oceny, co do tych rozdziałów. I chciałabym wiedzieć,czy się wam podoba,czy nie.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Rozdział 4 27.02.2012


            Rozdział IV





 „Pasażerowie odlatujący z Hiszpanii do Dubaju, proszeni są o stawienie się w bramce numer siedem." – Zabrzmiał głos w głośniku.
    Czułam się okropnie. Sobota i pobudka o 6 rano. A kto u licha, wstawałby tak wcześnie? Ale oprócz tego, żałowałam, że muszę tu zostawić rodziców, Peacy, Lorien, Maurica i Elizę. Będę za nimi bardzo tęsknić, ale będzie mi też brakować babci.
- Pa skarbie! Zadzwoń jak dojedziesz! – Mama zawołała za mną.
- Dobrze. – Obiecałam i usiadłam na ławeczce, czekając na samolot. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i napisałam sms-a

Cześć Maurice! Zaraz odlatuję. Zadzwonię do ciebie jak wyląduję.

    Wysłałam wiadomość i schowałam telefon. W Lorien pożegnałam się rano, bo wpadła do nas do domu. Poczułam wibracje w kieszeni, to od Murice’a

Witaj słonko! Będzie mi ciebie brakować. Ok. Wyczekuję na telefon!


   Uśmiechnęłam się, wstałam i schowałam telefon, ruszając w kierunku bramki. Oddałam bagaż, a ze sobą wzięłam tylko, podręczną torebkę. Cóż, w końcu pięć godzin lotu, to nie aż tak dużo. Ale miesiąc, w nieznanym miejscu, z osobą, którą byś udusił, wcale nie zapowiada się za dobrze.
   Usiadłam przy oknie, a obok mnie siedziało jeszcze, dwóch chłopaków. No cóż, zapowiada się interesująco, nudny lot. Zajrzałam do torby i zauważyłam książkę. Wyciągnęłam i przeczytałam tytuł: „ Jesienna miłość.”
- Może być ciekawa. – Pomyślałam i zaczęłam ją czytać. Po dziesięciu stronach odstawiłam ją, gdyż zaczęto podawać obiad. Rozgotowany ryż, na wpół niedosmażone mięso, za ostra sałatka. No tak. Więc przed powrotem do Hiszpanii, zjem sobie solidne śniadanie, żebym nie musiała jeść tego czegoś.
- Hej, Ty też lecisz do Dubaju? – Chłopak średniego wzrostu, o czarnych włosach spojrzał na mnie, z lekkim uśmiechem.
- Mhm. A ty?
- Ja też. Lecę do ojca. – Spojrzał przed siebie.
„- Ciekawe, jego rodzice pewnie też się rozwiedli.- Przyszło mi na myśl.”
- Ja natomiast lecę do przyjaciółki. – Skłamałam. Aż zrobiło mi się niedobrze, ze Dal nazwałam moją przyjaciółką. Owszem, kiedy zobaczyłam zdjęcie muszę przyznać, że jest ładna. Ale co może być, aż tak atrakcyjnego w dziewczynie, która nosi twarz zawiniętą w chustkach? Mojemu ojcu, chyba zaczyna odbijać na starość. No w sumie, mężczyznom po czterdziestce, różne rzeczy przychodzą do głowy. I tak oto, z głowa pełną myśli zasnęłam, nie wiedząc kiedy.
   Obudził mnie dopiero głos, płynący z głośników, zawiadamiający, że będziemy lądować. No i pewnie będę musiała jeszcze znaleźć Dahl na lotnisku. A najchętniej, to poleciałabym do Włoch. Pożegnałem się z tym młodym chłopakiem, odebrałam bagaże i ruszyłam na poszukiwanie arabki. Moim oczom, ukazał się transparent z moim imieniem i nazwiskiem. Westchnęłam i ruszyłam w jego kierunku. Przedarłam się przez tłumy i dostrzegłam dziewczynę ze zdjęcia, a z nią było dwóch mężczyzn. Podeszli i wzięli ode mnie walizki.
-Witaj, Ty pewnie jesteś Ivette. – Dziewczyna spojrzała na mnie przyjaźnie.
- Tak, a ty zapewne jesteś Dalia. – Mój wzrok spoczął na niej, i dwóch mężczyznach.
- Zgadza się, a to SA moi bracia. – Wskazała ręką. – Arif i Farid.- Przedstawiła nas sobie. Napotkałam spojrzenia braci Muhanden. Wydawały się być zdziwione, rozczarowane, ale i pożądliwe. „To będą najgorsze i najtrudniejsze wakacje. – Stwierdziłam.” Opuściliśmy budynek lotniska i zostałam poprowadzona, do czarnego BMW. „Kurczę, a ja sądziłam, że tutejsza ludność na wielbłądach jeździ. – Zdziwiona wsiadłam do samochodu.”
    Po dwudziestu minutach jazdy, dostrzegłam, ze pojazd zajeżdża pod trzy piętrowy dom. „Z pewnością nie należą, do najbardziej ubogich. – Stwierdziłam.” Bracia wzięli moje walizki i ruszyliśmy w kierunku domu. „To będzie najnudniejszy miesiąc wakacji, w całym moim życiu. – Orzekłam sztywno.” Zostałam zaprowadzona, pod białe drzwi na trzecim piętrze. Weszłam do środka i moim oczom, ukazał się duży przestronny pokój. Cały  pokój był urządzony w stylu gotyckim, a łoże z baldachimem podkreślało jego wyjątkowość. Arif i Farid odstawili moje bagaże i odeszli, zostawiając mnie i Dal same. Postanowiłam milczeć. Otworzyłam drzwi balkonowe i usiadłam w jednym, z wiklinowych krzeseł. „Z mojego pokoju, roztaczał się ładniejszy widok. A tu, tylko piasek i nic więcej. – Westchnęłam ze smutkiem.”
- Podejrzewam, że chciałabyś zostać sama. Jakby co, to wołaj. – Odparła  Dahlia i zostałam sama. „Za dużo tego wszystkiego, jak na jeden dzień. – Podjął głos mieszkający, w mojej głowie.” Wróciłam do pokoju i położyłam się na łóżku. Gdy myśli o Maurice’u zaprzątały moją głowę, zasnęłam.

niedziela, 26 lutego 2012

Rozdział 3 26.02.2012



           Rozdział III




  Leżąc w łóżku i patrząc w sufit, docierało do mojej świadomości to, co mama zakomunikowała mi, jak wróciłam. Otóż babcia, miała poważny wypadek. Leży w szpitalu w Rzymie. Wracała z zakupami, gdyż postanowiła zatrzymać się we Włoszech, Włoszech swojej przyjaciółki. Przechodziła przez drogę, na pasach i jakieś auto ją potraciło. Z tego co mam wie, to ma złamaną rękę, rozcięty policzek i złamane 2 zebra. Tak bardzo bym chciała, żebym zamiast do tej Dahli, mieszkającej w Dunaju, mogła pojechać do babci. No a po za tym, nawet za dużo czasu nie zostało mi na spakowanie.

 - No nareszcie, to już ostatnia. – Podałam trzecią walizkę Lorien. Od rana byłyśmy zajęte, pakowanie i przebieraniem rzeczy. Czasami to się zastanawiam, jak moje życie wyglądałoby bez Lorien. Już miałam zejść na dół po sok i ciasto marchwiowe, gdy zadzwonił mój telefon. Lorien dała mi znam, mówiąc : ”Ciekawe kto dzwoni. Dobra, to ja idę na balkon”. Spojrzałam na wyświetlacz, numer jakiś znany, tylko od tego całego zgiełku, nie mogłam sobie przypomnieć skąd go znam.
- Halo? – Spytałam ,gdy zdecydowałam się odebrać.
- Cześć Ivette, to ja Maurice! – Usłyszałam miły głos, i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zrobiło mi się w żołądku ciepło.
- Ooo.. to ty… witaj! – Wybąkałam.
- Tak, to ja. Wiesz…Ivette, wpadłem na pomysł, że może zgodziłabyś, wybrać się ze mną na plażę? – Spytał i w telefonie zaległa cisza. „O rany co robić? – Podeszłam do drzwi balkonowych, otworzyłam je i zakryłam telefon ręką
- Lorka! On chce się ze mną spotkać! - Szepnęłam
- Ok. Nic prostszego. Powiedz mu, ze o 17, na plaży .”
- Jasne, chętnie. O 17. Dobrze?
- Ok, czyli jesteśmy umówieni. – Odparł i rozłączył się.
    „ O Boże. To prawda, czy sen? Sama teraz nie wiem. Ale jeżeli to sen, to jeden z moich najpiękniejszych, który zdąża do spełnienia.”
-Hmm… w co, by cię tu ubrać? – Lorien przeszukiwała moją szafę, od 20 minut. Na razie, wybrałyśmy, jeansowe krotkie spodenki, zielony T- shirt., beżowe trampki i okulary.
- Dobra, Lorka przecież mam się już, w co ubrać! – Powtarzałam od 10 minut. Spotkam się dzisiaj z Mauricem, a jutro rano polecę do Dubaju. Dunaju zobaczę go dopiero, za miesiąc. Otóż plany, uległy małym zmianom, po wypadku babci. Miałam wrócić 7 sierpnia do Hiszpanii, bo wtedy babcia miała u nas zamieszkać.
- No Cyncia! Mam już! – Lorien wyszła z mojej szafy. Uśmiechnięta, podała mi biały sweterek. „No tak, zaczyna się. Zaraz zaproponuje mi makijaż, fryzurkę i spyta, czy może się ze mną wybrać. No tak, taka właśnie była moja przyjaciółka Lorien. Zwariowana i zakręcona, na całego .”
- No dobra moja droga, a teraz najwyższy czas na makijaż i pozwól, że czekoladka się tym zajmie – Posłała mi szczery uśmiech i chwyciła moją kosmetyczkę.
- Moja droga, twój udział w moim makijażu już od jakiegoś czasu jest w tradycji. No dobra, bierz się za ten makijaż, bo zaraz musimy iść. – Usiadłam obok toaletki i oddałam się, pod doświadczenie Lor. Cóż muszę przyznać, że moja przyjaciółka, jest dobra w te klocki. Delikatny makijaż, doskonale pasował do mojej karnacji. A jedwabiste i gęste włosy, zaczesane na bok, oplatały moje lewe ramię. Patrząc w lustro, sama byłam zdziwiona cudem, jaki zrobiła Lorien. Ubrałam wszystkie dopasowane rzeczy, wzięłyśmy Peacy i ruszyły na plażę. Dotarłyśmy tam, przed umówioną godziną.
- Dobra Ivka, będę siedzieć w tym barku pijąc koktajl. Jak będziesz po spotkaniu, to daj mi znać. – Cmoknęła mnie w policzek i podążyła, w kierunku barku.
     Ruszyłam w kierunku morza, i usiadłam na piasku. A Peacy nie potrzebując pozwolenia, ułożyła się na moich kolanach. „ Ciekawe czy w ogóle przyjdzie, czy tylko żartował. – Pomyślałam.”
- Witam bohaterkę dnia wczorajszego. – Usłyszałam głos dobiegający zza moich pleców. „A jednak nie zapomniał. – Odezwał się głos w mojej głowie. A na twarzy zagościł uśmiech.” Odwróciłam się, a obok mnie stał on. Wysoki, przystojny. W  jeansach i T-shircie. Spojrzał mi w oczy, i natychmiast poczułam, ze się rumienię. Usiadł obok mnie.
- A jaka tam ze mnie bohaterka? – Obdarzyłam go uśmiechem.
- Niezwykła. – Chwycił moją dłoń i nasze oczy się spotkały. Serce kołatało mi ze szczęścia.
- Hm. Niezwykła, jak mi miło.
- No to teraz, może wezmą przykład z mojej siostry. Zacznę się topić, a bardzo interesująca, młoda dama mnie uratuje. – Spojrzał mi w oczy i odsunął kosmyk włosów, opadający na mój policzek. Czułam się jak w raju.
- A skąd wiesz, że ja cię uratuję? Jedna kąpiel mi wystarczy. – Posłałam mu uśmiech.
- Ivette…może to trochę krępujące pytanie…ale…ciekawi mnie to, czy ty kogoś masz?
- Ja…yyy…nie…nie mam nikogo… - Mój język nagle odmówił posłuszeństwa i nie wiedząc co powiedzieć, zaczęłam się jąkać.
- Mhm…rozumiem… nie bój się, tak tylko chcę wiedzieć. – Uśmiechnął się, objął mnie ramieniem i przytulił do siebie. Poczułam delikatny zapach cytryny. Wiedziałam, ze nigdy nie zapomnę tego zapachu.
- Ślicznie wyglądasz. – Pogłaskał mnie po włosach.
- Dziękuję, ty też.
- Ivet, chciałbym się z tobą spotkać, w przyszłym tygodniu. Co ty na to?
- Wybacz  Maurice, ale muszę odmówić. Cały lipiec spędzę w Dubaju. Wracam, na początku sierpnia. – Odparłam.
- O rety! Ciekawe jak ja, bez ciebie wytrzymam miesiąc.
- Do wczoraj wytrzymywałeś, bo nawet mnie nie znałeś.
- Droga panno Ivette Martinez, pragnę ogłosić, ze od wczoraj moje życie, drastycznie się zmieniło.
- No to pozwoli pan, panie Marice Gonzalez, że byłabym bardzo wdzięczna, gdybym przyczynę tej oto zmiany, mogła poznać.
- Jak najbardziej, otóż ta zmiana leży na mnie. – Odwróciłam się i napotkałam uśmiech, na jego ustach. Popchnęłam go na plecy, a on złapał moją rękę i wylądowałam na przystojnym chłopaku. Objął rękami moją twarz, przysunął bliżej swojej i oddał ciepły pocałunek na moich ustach. Natychmiast poczułam, że muszę to zrobić. Chwyciłam moimi rękami jego twarz i odwzajemniłam pocałunek. Następnie odprowadził mnie do domu i obiecał , dzwonić oraz pisa e-meile.

sobota, 25 lutego 2012

Rozdział 2 25.02.2012


            Rozdział II




- Nie! Cynka ! Ta sukienka zdecydowanie, do ciebie nie pasuje!
  Lorien nazywała mnie Cynamonką, odkąd się znałyśmy. Uważała, że wyglądem pasowałabym do cynamonu. Ciemna karnacja, oraz rdzawo rude długie, kręcone lekko włosi i brązowe oczy, według Lor idealnie do mnie pasowały. No cóż, większość osób mieszkających w Hiszpanii, wiele by oddała, żeby tak wyglądać.
- Dobra czekoladko, już ją zmienię! – Wróciłam do przymierzalni. Cóż została mi jeszcze jedna, z 15 sukienek. Lori jak na razie, siadły tylko cztery sukienki. Beżowa na ramiączkach, do kolan. Biała dłuższa, tylko z krótkim rękawkiem, beżowa lekka, przewiewna do kostek, oraz szafirowa. Ubrałam turkusową sukienkę bez ramion, z pasującym do tego bolerkiem.
- No i jak? Ta może być?- Okręciłam się.
-  Jest super! Leży na tobie jak ulał! I doskonale, podkreśla twoją figurę! – Trajkotała, zachwycona Lorien.
- Oj no, nie przesadzaj! Ty też jesteś śliczna!
  Zapłaciłyśmy za sukienki, a następnie skierowałyśmy się na koktajl. Następnie kolejnym naszym punktem wędrówki, była plaża. „ Och, to tylko dwa miesiące, a już czuję, że będę strasznie tęsknić. Będzie mi brakować, tych klimatów i tylu rozmaitych osób, które znam.” Spojrzałam na Peacy i Lorien. W prawdzie Lori, nie była czystą hiszpanką. Jej rodzice Elizabeth i Dylan Crawfordowie, przeprowadzili się tu z Irlandia, kiedy ona miała 3 miesiące. Uwielbiali podróżować, a że Hiszpania była tym ich, magicznym miejscem, postanowili tu pozostać. „Znamy się z Lor, od piętnastu lat. Będzie mi jej bardzo brakować.”
- Hej, Ive! Chyba nie masz zamiaru tak siedzieć? – Cała Lorie. Zawsze cię wyciągnie w chwilach dołu do kina, albo na spacer. Styl ubierania, też miała dwój. Turkusowa bluzka, dodawała jej wdzięku, a jeansowe krótkie spodenki, idealnie pokazywały piękne, długie nogi Lorien.
- Jasne! Już do was idę! – Wstałam i zaczęłam zmierzać, w kierunku moich przyjaciółek. Ja natomiast, miałam na sobie fioletową koszulkę na ramiączkach, granatową spódniczkę do kolan i beżowe tenisówki. Kiedy do nich dołączyłam, zaczęłyśmy się bawić z Peacy.
- Pomocy!! – Rozległ się krzyk, małego dziecka. Spojrzałam w kierunku Morza. Zauważyłam materac, daleko od brzegu, a na nim leżała mała dziewczynka.
- Trzymaj Peacy! – Rzekłam do Lorien i nie zwracając uwagi, na stojących ludzi, wskoczyłam do wody. Dopłynięcie do materaca, nie zabrało mi zbyt dużo czasu, gdyż byłam świetna w pływaniu. Dziewczynka była bardzo przestraszona, i na moje oko miała około 5 lat.
- Hej, nic ci nie jest? – Jedną rękę trzymałam materac, a drugą dotknęłam małą.
- Proszę…za…zabierz mnie stąd… - Wyszeptała płacząc i spojrzała na mnie. Była jak aniołek. Zielone oczy, brązowe kręcone włoski, bez wątpienia była rodzajem pewnego słodkiego aniołka .
- Spokojnie, nie płacz. Nic ci nie zrobię. Zabiorę cię, tylko mam prośbę. A Ty, musisz mi w tym pomóc. Dobrze? - Spytałam delikatnie i pogłaskałam ją po główce. Mała spojrzała na mnie, zapłakanymi oczkami i kiwnęła główką – Nie płacz. Proszę. Trzymaj się mocno materaca. Dobrze? – mała ponownie skinęła.- Jak się nazywasz?
- E…Eliza.
- Masz śliczne imię. Dobra mała, trzymaj się. – Trzymiąc materac, zaczęłam płynąć w stronę brzegu. Mała trochę się uspokoiła. Dziwi mnie, jak rodzice mogli jej nie upilnować? A cała reszta stoi sobie na brzegu, i patrzy na nas. Dziwi mnie to, ze nikt więcej nie ruszył jej na pomoc. No ale cóż, niektórzy wolą tylko patrzeć, jak inni odwalają brudną robotę. No i wreszcie dotarłyśmy do brzegu.
- Ivette! Nic ci nie jest? – Lorien, wraz z Peacy przedzierały się przez tłum, zbliżając w naszym kierunku.
- Eliza! Liz! – Z przeciwnej strony zmierzając w naszą stronę, biegła kobieta i chłopak, w wieku około dziewiętnastu lat. Elizie nic nie było, natomiast ja byłam przemoknięta do suchej nitki. Mała zaczęła się trząść, więc otuliłam ją swoją bluzą, którą zostawiłam na brzegu.
- Elizko, skarbie! – Kobieta chwyciła dziewczynkę, i mocno ją przytuliła. – Moja myszko. Co mam mówiła? Że nie wolno się oddalać. – Matka, tuliła córkę, nie zwracając na mnie uwagi.
- Dzięki, za uratowanie siostry. – Usłyszałam z tyłu głęboki, męski głos. Odwróciłam się, i stanęłam twarzą, w twarz z tym samym chłopakiem, który zmierzał w naszym kierunku, razem z matką. Tak jak siostra, miał piękne zielone oczy.
- W sumie, to nie ma za co dziękować. Chyba każdy by tak postąpił. Hm…każdy, ale na pewno nie z tych, co tu byli na plaży.
- No właśnie. Ale ty to zrobiłaś, uratowałaś ją. – Wskazał ręką na siostrę, po czym uśmiechnął się do mnie przyjaźnie. – A jak ma na imię, ratownicza mojej siostry? – Spojrzał mi w oczy, i posłał ciepły uśmiech.
- Ratownicza twojej siostry, ma na imię Ivette. A bardzo miły i przyjazny, brat Elizy uraczy mnie, wyjawieniem swojej tożsamości?
- Cóż…jeżeli potem, nie będziesz mnie po nocach nawiedzać, to oczywiście. Nazywam się Maurico i tak jak ty, jestem Hiszpanem. – Stale patrzył w moje oczy, a mi z każdą kolejną sekundą robiło się coraz cieplej w żołądku, i dodatkowo o 20 motyli więcej latało. Nigdy nie byłam zakochana, ale coś czułam. Że to chyba właśnie jest zakochanie.
- Ive! Ivette! Nic ci nie jest? Jesteś cała? – Zdyszana Lorien, zalała mnie potokiem pytań. Peacy też rwała się, w moje ramiona. Maric patrzył na nas, chcąc zadać pytanie :” Czy wy się znacie?” Po kryjomu, kiwnęłam głową.
- Nie, nic mi nie jest. Tak, jestem cała, z resztą jak widać chyba. – Uśmiechnęłam się i w tym, właśnie momencie mała Eliza przytuliła się do mnie. Kucnęłam, żeby się z nią zrównać i przytuliłam ją. Była taka mała, delikatna i bezbronna. Cieszyłam się, że miałam dość odwagi, aby wskoczyć do wody i ją uratować.
- Dziękuję, ze uratowałaś moją małą Elizkę.
- Naprawdę nie ma za co dziękować. – Uśmiechnęłam się do kobiety, nadal tuląc jej córkę. Ukradkiem zobaczyłam, że Maurice spisuje coś na kartce „Ciekawe co to może być. No i jeszcze konsultuje to z Lorien – Pomyślałam .” No cóż, ale nie zdążyłam spytać o to Maurica. Bo właśnie rozdzwoniła się, moja komórka. To była mama. Oznajmiła, że mamy wracać. Pocałowała Elizę w czoło, i obiecałam, że w Sierpniu się zobaczymy. Natomiast Maurie włożył mi do ręki kartkę, z swoim numerem telefonu. Lori wzięła mnie za rękę i ruszyłyśmy, w drogę powrotną.

piątek, 24 lutego 2012

Rozdział 1 24.02.2012


                                  Rozdział I




 Siedziałam na parapecie swojego okna. Czułam się okropnie. Cały dotychczasowy grunt, jakby w czasie tsunami, osunął się mi spod nóg. Chciałam tylko jednego, uciec stąd jak najdalej, znaleźć chociaż chwilę spokoju. Jeszcze piętnaście minut temu, miałam rodzinę, w sumie nadal ją mam, ale nie taką jak kiedyś. Ojciec właśnie oświadczył, że odchodzi. Ot tak, po prostu jak to stwierdził: „ wpadła mu w oko atrakcyjna, młoda arabka”. No i masz ci los, pocieszaj i wysłuchuj płaczu matki. Jak zwykle z ojcem jeszcze się kłócą, ciekawe o co tym razem poszło. Pewnie o to, kto ma wnieść pozew rozwodowy. Tak bardzo chciałabym uciec do babci, wypłakać się jej na ramieniu. Ona, była dla mnie jak matka i przyjaciółka zarazem. Rozumiała mnie zawsze, dopóki nie wyjechała w podróż po Europie. Dlaczego oni mi to robią? Zasnuwają mi głowę mnóstwem problemów, jak przyjdzie co do czego, to nawet zrozumieć mnie nie potrafią. Rok szkolny właśnie się skończył, koleżanki porozjeżdżały się na wakacje. I to jest kolejny minus, nie mam  z  kim się z domu wyrwać żeby, tylko nie myśleć o problemach. Kochałam rodziców, nawet bardzo, ale od czasu pierwszej kłótni, stali się obojętni. Wiecznie nie było ich w domu. Nawet nie obchodziło ich, jakie życie ma ich szesnastoletnia córka. Ale najbardziej martwiło mnie  to, jak teraz będzie wyglądało nasze życie. Ciekawe, czy jak ociec się wyprowadzi, to w ogóle będzie nas  jeszcze odwiedzał. W czym może być lepsza ta arabka, że ojciec zostawia nas dla niej? Moje rozmyślania, przerwał głos matki dobiegający z dołu.
-Ivete! Pozwól tu na chwilkę!
Taa…jasne… ciekawe co tym razem. Zeszłam  na dół po schodach, a w salonie zastałam rodziców siedzących na kanapie. Zajęłam miejsce w fotelu.
-Słucham?- Spytałam, spoglądając to na matkę, to na ojca.
-Hm…cóż… nie wiem jak ci to powiedzieć… - zaczęła mama ale nie dokończyła.
-Ivie wiesz, że bardzo cię kochamy i nie chcemy dla ciebie źle- ojciec spojrzał na nią. „Nie wcale, bo chcecie dla mnie jak najgorzej!- pomyślałam”- Uważamy, że należą ci się wakacje. Otóż Ilvy, obiecała, że zaopiekuje się tobą. To właśnie Ivy zależy, żeby cię poznać. Chciałaby się z tobą zaprzyjaźnić.
-Co?! Wy myślicie, że ja całe wakacje, spędzę w towarzystwie tej arabki Ilvy? Może jeszcze nauczy mnie na wielbłądzie jeździć?
-Ivette, nie buntuj się, i tak nic ci to nie da! Wszystko jest już załatwione. W sobotę rano masz samolot.- odrzekła Dorothy, dość poważnym tonem.
Cóż więcej było mówić? Wstałam i poszłam, z powrotem do swojego pokoju. Siadłam przy biurku, włączyłam komputer i od razu załogowałam się na Gadu-Gadu. Natychmiast wyskoczyło mi, że Lorien jest dostępna. „Doskonale, przynajmniej mojej przyjaciółce, mogę się wyżalić”.



Tazmarzeniami:
   Lorien ratuj! Moi rodzice chcą mnie, wysłać na wakacje do tej arabki Dahli! Tylko, że ja nie chcę tak jechać! Co mam robić?!
Czekoladka:
   Ojej! W sumie, to co ja mogę tu pomóc? Pozostaje mi chyba tylko, cię wspierać w razie kłopotów. Wiesz, może ta cała Dahl, wcale nie jest taka zła, jak myślisz.
Tazmarzeniami:
   Wiesz co?! Skoro jesteś taka chętna, to może się zamienimy? Nauczyłabyś się jazdy na wielbłądzie i poznała kogoś atrakcyjnego!
Czekoladka:
    Moja droga Ivette, marudzisz jak dziecko! Mój braciszek też marudzi, jak nikt się z nim nie chce pobawić. Poznasz ją bliżej i może się zaprzyjaźnicie. Czemu nie chcesz dać wam szansy, tylko od razu ją skreślasz?
Tazmarzeniami:
    No dobra. Zgadzam się. I może nawet nie będę, dla niej taka zła. No ale, zostały mi tylko dwa dni! Dwa dni, na spakowanie się i zrobienie niezbędnych zakupów!
Czekoladka:
    Dobra, nie marudź tyle! Wpadnę do ciebie jutro, zrobimy przegląd twojej szafy. Następnie, urządzimy sobie wypad na zakupy. Co ty na to?
Tazmarzeniami:
    No dobra. Widać, że nadal nie potrafię, oprzeć się czekoladkom .
Czekoladka:
    Dobra, będę jutro o 11. Idę bo Rey płacze, a mama akurat wyszła do sklepu. Trzymaj się Ive!

     Właśnie czytałam książkę, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
-Witaj Lorien!
-Dzień dobry pani Martinez. Czy jest, Ivette?
-Oczywiście, jest u siebie. – Odparła i posłała dziewczynie miły uśmiech.
    Lori, podążyła po dobrze znanych jej, zaułkach korytarza, aż dotarła pod drzwi pokoju Ivett. Weszła do środka i zauważyła otwarte drzwi balkonowe. Obie razem, uwielbiały przesiadywać na balkonie, rozmawiać i zarazem podziwiać, rozciągające się widoki. To było coś, co uwielbiały. Podziwiać, lub wędrować wokół pięknych krajobrazów. Oprócz przebywania na balkonie, urzekło je także inne miejsce. Kochały przesiadywać nad strumyczkiem, znajdującym się za domem Ivet. Znały się od dziecka, były dla siebie jak siostry. Jej rozmyślania, przerwał widok Ivette, bawiącej się z jej nową suczką, rasy labrador wabiącej się Peacy. Będzie mi jej brakować przez te dwa miesiące.
- Widzę, że bardzo dobrze się bawicie
- Och Lori! – Przywitałam dziewczynę. – No cóż, chcę się nacieszyć Peac do czasu wyjazdu. A, właśnie mam do ciebie prośbę, czy mogłabyś się nią zaopiekować, do mojego powrotu?
- Jasne! Przecież wiesz, że Rey bardzo ją kocha.
- Będzie mi strasznie, was brakować. Szkoda, że muszę jechać, ale zarazem jest to też okazja, żeby moc wyrwać się z tego zgiełku. Wierz mi, te kłótnie nawet świętego wyprowadziłyby z równowagi.
- No cóż, nie trudno to sobie wyobrazić. No ale o tym, pogadamy na mieście, a teraz idziemy na podbój twojej szafy.
    Przetrzepałyśmy całą szafę i zrobiłyśmy listę zakupów. Lorien wzięła Peacy i zeszłyśmy na dół. Mam była w kuchni
- Mamo, idziemy na zakupy. – Odparłam
- Dobrze idźcie! – Posłała nam uśmiech i wróciła, do swojej pracowni. Bowiem moja matka, uwielbiała Malować. Wszystkie obrazy, które ozdabiały nasze ściany, wychodziły spod ręki, mojej mamy.
    Wyszłyśmy z domu i powędrowałyśmy do galerii, wesoło rozmawiając i chcąc się, nacieszyć wspólnym wypadem, przed wakacjami.






 Bohaterowie
Chciałabym przedstawić bohaterów mojej ksiażki.

 

 ILVY - główna bohaterka mojej książki. Potocznie nazywana przez przyjaciółkę Cynamonką . Myślę,że jej losy, wciągną was do dalszego czytania:)

Dahlia - Dziewczyna serdecznie nielubiana przez Ilvy. Jeśli będziecie śledzić ich losy, dowiecie się dlaczego:)



 Maurice - Przyjaciel głównej bohaterki i zarazem jej chłopak




 Lorien - Najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki. Przymilnie nazywana Czekoladką.








A oto jest cała trójka. Maurice, Ivette i Lorien.

Serdecznie zapraszam do czytania mojej książki pod tytułem
       

            Przyjaźń cię znajdzie.