Rozdział VI
Minęły dwa dni od
śmierci babci. Nie byłam w stanie, wyjść z własnego pokoju. Owszem, dbali tu o
mnie, przynosili mi jedzenie. Ale ja nie byłam w stanie nic przełknąć.
Rodzeństwo na zmianę zajmowało mi czas. I wcale się im nie dziwię, snułam się
jak duch. Czułam się jakby mi ktoś, zabrał połowę duszy. Wziął sobie całe,
dotychczasowe życie. Dziwiłam się, po co jeszcze w ogóle żyję. Czy muszę
oddychać? Przecież mogę przestać. Ale nie dałabym razy, babci na pewno nie
spodobałby się mój pomysł. Wiedziałam, że będzie mi jej brakować, ale ona zawsze
pozostanie ze mną. W moim sercu. Jako najlepsza i najprawdziwsza przyjaciółka. Co
nie znaczy, ze Lorka jest gorsza, wcale nie. Czekoladka zawsze będzie moją
przyjaciółką, na dobre i na złe. Nie zastąpi mi babci, ale też jest
przyjaciółką od serca. Wyjęłam z torebki zdjęcie. Byłyśmy tam z Lorcią, zostało
zrobione na wiosnę w parku. Ile ja bym oddała, żeby móc z nią teraz
porozmawiać. Owszem Dahlia też zaczyna mi sugerować przyjaźń, ale po tym co się
dowiedziałam, to już trzy dni temu wyjechałabym stąd. W pokoju rozbrzmiał
dzwonek mojego telefonu. „Ciekawe, kto tym razem dzwoni.” – Spojrzałam na
wyświetlacz, Maurice. „I co ja mam mu powiedzieć? Odebrać?” Wcisnęłam przycisk „odbierz”
i westchnęłam.
- Halo? – Starałam się, żeby mój głos zabrzmiał
normalnie. Ale nie udało się. Dwa dni płakania, trochę zmieniły barwę mojego głosu.
- Ivcia, tak mi przykro. Nie wiem co
powiedzieć. Gdybym mógł, przytuliłbym cię i nie wypuszczał. Tak bardzo mi
ciebie brakuje. Czuję, że zaraz zwariuję.
- Proszę cię Maurice. Muszę mieć w kimś
oparcie. Wystarczy, że rodzice i Lorka się nade mną użalają, ale ja tego nie
chcę. Pragnę takiej osoby, z którą będę mogła, normalnie porozmawiać.
- Dobrze, jeżeli takie jest twoje życzenie,
proszę bardzo. Będę takim samym normalnym człowiekiem, jak wcześniej.
- Dziękuję. Naprawdę bardzo ci dziękuję,
teraz czuję, że i w tobie mogę mieć wsparcie. Może to dziwnie zabrzmi, ale
czuję tak jakbym cię znała od zawsze. Jesteś jakby…moją bratnią duszą…
- Wiesz Ivcia, ja też tak czuję.
Zrozumiałem to, gdy wyjechałaś. Nawet nie wiesz, jak bardzo mi cię brakuje. Tak
tu smutno i pusto bez ciebie.
- nawet nie wiesz jak ja, za tobą tęsknię.
Śnisz mi się po nocach. Cały czas odtwarzam, tamto nasze spotkanie na plaży.
Wiesz, chętnie bym to powtórzyła. – Lekko się uśmiechnęłam.
- Oj i nawet wiem, że taka okazja się
nadarzy. Oczywiście po twoim powrocie do Hiszpanii. Tylko chcę żebyś wiedziała,
ze chcę znać każdy szczegół z twojej arabskiej wyprawy.
- Jasne. Sprawozdanie masz murowane. Jedne
momenty będą bardziej, a drugie mniej ciekawe.
- Zaczynam odliczać czas do siódmego sierpnia.
Trzymaj się słoneczko ty moje. Pa Ivcia. – Rozłączył się.
Maurice to był
ktoś, kogo sobie wymarzyłam. Właśnie takiego chłopaka pragnęłam, a w głębi serca
czułam, że to on. Ten jedyny, wymarzony. Ten, dla którego byłabym w stanie
oddać życie.
*
Stwierdziłam, że
nie dam rady dalej się nad sobą użalać. Założyłam niebieski T-shirt a napisem :”
I love you” , do tego krótkie spodenki, czerwone trampki i okulary.
Oświadczyłam pani Muhanden, że wybieram się na spacer. Zostawiłam jej swój
numer komórki, na wypadek gdybym się zgubiła. Wyszłam z ogrodzenia i ruszyłam
przed siebie. Chwilę kroczyłam po piasku, gdy moim oczom ukazał się lasek. „To
pewnie fatamorgana.” – Uspokoiłam się z duchu. Przystanęłam i nagle poczułam,
że muszę tam pójść. Skierowałam moje kroki, w kierunku tajemniczego lasku. Weszłam
powoli rozglądając się na boki, gdy dobiegł mnie odgłos strumyczka. „Niewiarygodne.
Strumyczek na pustyni.” – Przedarłam się pomiędzy drzewami i dojrzałam go. Był mały,
ale piękny. Otoczony kamieniami. Usiadłam na jednym z nich, zdjęłam trampki, a
nogi zanurzyłam w wodzie. Na zewnątrz było bardzo ciepło, ale strumyk był orzeźwiający.
Czułam jak cały dotychczasowy ból i smutek, ustępują, jak robię miejsce szczęściu
i radości z życia. Zaczęłam marzyć, to było jak jakaś pomocna terapia. Nawet lepsza,
niż pisanie pamiętnika. Tu mój umysł i serce, zaczęły się oczyszczać. Czułam się
jak podczas medytacji, tylko o wiele lepszej. Nie trzeba było za bardzo się
skupiać, a cały stres powoli mnie opuszczał. Stopniowo, ale skutecznie zaczęłam
się relaksować. Czułam się jak nowo narodzona.
*
Zerknęłam na telefon.
Była szesnasta, a z domu wyszłam o trzynastej. Pani Muhanden, z rodzeństwem,
będą się o mnie martwić. Westchnęłam, założyłam buty i ruszyłam w drogę
powrotną. Zerknęłam jeszcze za plecy, zapamiętałam drogę do tego cudownego miejsca.
Westchnęłam i ruszyłam do domu. Po drodze mijałam kilku ludzi na wielbłądach. Tutejsza
ludność, zdawała się być przyjazna i towarzyska.
Do domu dotarłam po
dwudziestu minutach. Otworzyłam bramkę, przeszłam przez ogrodzenie do domu.
- Ivette! To ty? – Usłyszałam zatroskany
głos mamy Dahli
- Tak to ja. – Weszłam do salonu. Byli tam.
Rodzeństwo i mam Dahli, pani Cassia. Usiadłam na kanapie, obok braci.
- Iv skarbie, gdzie byłaś? – Pani Muhanden
posłała mi przyjazne spojrzenie.
- Oj no coż, zaczęłam spacerować i trochę
się pogubiłam. Ale nawet wyszło mi to na dobre, bo potrzebowałam spokoju. Wiem,
ze zachowywałam się okropnie nie dając wam znać gdzie jestem, ani kiedy wrócę. Ale
po śmierci babci, nie potrafię się odnaleźć. Ta chwila spokoju, dużo mnie nauczyła.
Zrozumiałam, że zachowywałam się okropnie wobec was i przepraszam. Staraliście się
poświęcać mi czas, ale ja was nie chciałam. Czuję się teraz okropnie, myśląc o
tym i uważam, że zachowałam się jak małe nadąsane dziecko. - Spojrzałam na nich. Czułam się lepiej, ulżyło
mi na duszy. Nie wiedziałam jak im to powiem, ale słowa same płynęły z moich
ust. I były to słowa z głębi serca. Wiedziałam, że zachowałam się wobec nich
źle, mam nadzieję, że mi to wybaczą.
- Rozumiemy cię w pełni Ivet. Wiemy co musisz
czuć, nie chcieliśmy się ci zbytnio narzucać. Potrzebowałaś czasu, żeby dojść
do siebie. – Dahlia uśmiechnęła się do mnie.
- No właśnie. Najgorzej jest przeżyć
stratę, bliskiej osoby. Chcieliśmy ci pomoc, ale ty musiałaś sama to jakoś
ogarnąć. – Cassie przytuliła mnie. Poczułam cos, czego mi brakowało. Uścisku, matczynego
uścisku. Cass nie była moją mamą, ale zrobiła coś, czego oczekiwałam od mojej
własnej mamy. Obdarzyła mnie przyjacielskim uściskiem, ale pełnym miłości,
zrozumienia i współczucia. Było mi tak dobrze, nie chciałam tego przerywać. I nie
wiedząc kiedy, rozpłakałam się. A Cassie nadal mnie tuliła.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Witam. a oto kolejny rozdział. Myślę,że on też się wam spodoba. Czekam na komentarze i opinie, co o nim sądzicie. sumitha
Piękny rozdział. :D ;) Czekam na kolejny, równie zachwycający ;*
OdpowiedzUsuńNo czemu ona... Nie ktoś inny, ale ona.. ; ( Ona jest złaa!
OdpowiedzUsuń