środa, 29 lutego 2012

Rozdział 6 29.02.2012


 Rozdział VI




   Minęły dwa dni od śmierci babci. Nie byłam w stanie, wyjść z własnego pokoju. Owszem, dbali tu o mnie, przynosili mi jedzenie. Ale ja nie byłam w stanie nic przełknąć. Rodzeństwo na zmianę zajmowało mi czas. I wcale się im nie dziwię, snułam się jak duch. Czułam się jakby mi ktoś, zabrał połowę duszy. Wziął sobie całe, dotychczasowe życie. Dziwiłam się, po co jeszcze w ogóle żyję. Czy muszę oddychać? Przecież mogę przestać. Ale nie dałabym razy, babci na pewno nie spodobałby się mój pomysł. Wiedziałam, że będzie mi jej brakować, ale ona zawsze pozostanie ze mną. W moim sercu. Jako najlepsza i najprawdziwsza przyjaciółka. Co nie znaczy, ze Lorka jest gorsza, wcale nie. Czekoladka zawsze będzie moją przyjaciółką, na dobre i na złe. Nie zastąpi mi babci, ale też jest przyjaciółką od serca. Wyjęłam z torebki zdjęcie. Byłyśmy tam z Lorcią, zostało zrobione na wiosnę w parku. Ile ja bym oddała, żeby móc z nią teraz porozmawiać. Owszem Dahlia też zaczyna mi sugerować przyjaźń, ale po tym co się dowiedziałam, to już trzy dni temu wyjechałabym stąd. W pokoju rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu. „Ciekawe, kto tym razem dzwoni.” – Spojrzałam na wyświetlacz, Maurice. „I co ja mam mu powiedzieć? Odebrać?” Wcisnęłam przycisk „odbierz” i westchnęłam.
- Halo? – Starałam się, żeby mój głos zabrzmiał normalnie. Ale nie udało się. Dwa dni płakania, trochę zmieniły barwę mojego głosu.
- Ivcia, tak mi przykro. Nie wiem co powiedzieć. Gdybym mógł, przytuliłbym cię i nie wypuszczał. Tak bardzo mi ciebie brakuje. Czuję, że zaraz zwariuję.
- Proszę cię Maurice. Muszę mieć w kimś oparcie. Wystarczy, że rodzice i Lorka się nade mną użalają, ale ja tego nie chcę. Pragnę takiej osoby, z którą będę mogła, normalnie porozmawiać.
- Dobrze, jeżeli takie jest twoje życzenie, proszę bardzo. Będę takim samym normalnym człowiekiem, jak wcześniej.
- Dziękuję. Naprawdę bardzo ci dziękuję, teraz czuję, że i w tobie mogę mieć wsparcie. Może to dziwnie zabrzmi, ale czuję tak jakbym cię znała od zawsze. Jesteś jakby…moją bratnią duszą…
- Wiesz Ivcia, ja też tak czuję. Zrozumiałem to, gdy wyjechałaś. Nawet nie wiesz, jak bardzo mi cię brakuje. Tak tu smutno i pusto bez ciebie.
- nawet nie wiesz jak ja, za tobą tęsknię. Śnisz mi się po nocach. Cały czas odtwarzam, tamto nasze spotkanie na plaży. Wiesz, chętnie bym to powtórzyła. – Lekko się uśmiechnęłam.
- Oj i nawet wiem, że taka okazja się nadarzy. Oczywiście po twoim powrocie do Hiszpanii. Tylko chcę żebyś wiedziała, ze chcę znać każdy szczegół z twojej arabskiej wyprawy.
- Jasne. Sprawozdanie masz murowane. Jedne momenty będą bardziej, a drugie mniej ciekawe.
- Zaczynam odliczać czas do siódmego sierpnia. Trzymaj się słoneczko ty moje. Pa Ivcia. – Rozłączył się.
   Maurice to był ktoś, kogo sobie wymarzyłam. Właśnie takiego chłopaka pragnęłam, a w głębi serca czułam, że to on. Ten jedyny, wymarzony. Ten, dla którego byłabym w stanie oddać życie.

*

   Stwierdziłam, że nie dam rady dalej się nad sobą użalać. Założyłam niebieski T-shirt a napisem :” I love you” , do tego krótkie spodenki, czerwone trampki i okulary. Oświadczyłam pani Muhanden, że wybieram się na spacer. Zostawiłam jej swój numer komórki, na wypadek gdybym się zgubiła. Wyszłam z ogrodzenia i ruszyłam przed siebie. Chwilę kroczyłam po piasku, gdy moim oczom ukazał się lasek. „To pewnie fatamorgana.” – Uspokoiłam się z duchu. Przystanęłam i nagle poczułam, że muszę tam pójść. Skierowałam moje kroki, w kierunku tajemniczego lasku. Weszłam powoli rozglądając się na boki, gdy dobiegł mnie odgłos strumyczka. „Niewiarygodne. Strumyczek na pustyni.” – Przedarłam się pomiędzy drzewami i dojrzałam go. Był mały, ale piękny. Otoczony kamieniami. Usiadłam na jednym z nich, zdjęłam trampki, a nogi zanurzyłam w wodzie. Na zewnątrz było bardzo ciepło, ale strumyk był orzeźwiający. Czułam jak cały dotychczasowy ból i smutek, ustępują, jak robię miejsce szczęściu i radości z życia. Zaczęłam marzyć, to było jak jakaś pomocna terapia. Nawet lepsza, niż pisanie pamiętnika. Tu mój umysł i serce, zaczęły się oczyszczać. Czułam się jak podczas medytacji, tylko o wiele lepszej. Nie trzeba było za bardzo się skupiać, a cały stres powoli mnie opuszczał. Stopniowo, ale skutecznie zaczęłam się relaksować. Czułam się jak nowo narodzona.

*

   Zerknęłam na telefon. Była szesnasta, a z domu wyszłam o trzynastej. Pani Muhanden, z rodzeństwem, będą się o mnie martwić. Westchnęłam, założyłam buty i ruszyłam w drogę powrotną. Zerknęłam jeszcze za plecy, zapamiętałam drogę do tego cudownego miejsca. Westchnęłam i ruszyłam do domu. Po drodze mijałam kilku ludzi na wielbłądach. Tutejsza ludność, zdawała się być przyjazna i towarzyska.
   Do domu dotarłam po dwudziestu minutach. Otworzyłam bramkę, przeszłam przez ogrodzenie do domu.
- Ivette! To ty? – Usłyszałam zatroskany głos mamy Dahli
- Tak to ja. – Weszłam do salonu. Byli tam. Rodzeństwo i mam Dahli, pani Cassia. Usiadłam na kanapie, obok braci.
- Iv skarbie, gdzie byłaś? – Pani Muhanden posłała mi przyjazne spojrzenie.
- Oj no coż, zaczęłam spacerować i trochę się pogubiłam. Ale nawet wyszło mi to na dobre, bo potrzebowałam spokoju. Wiem, ze zachowywałam się okropnie nie dając wam znać gdzie jestem, ani kiedy wrócę. Ale po śmierci babci, nie potrafię się odnaleźć. Ta chwila spokoju, dużo mnie nauczyła. Zrozumiałam, że zachowywałam się okropnie wobec was i przepraszam. Staraliście się poświęcać mi czas, ale ja was nie chciałam. Czuję się teraz okropnie, myśląc o tym i uważam, że zachowałam się jak małe nadąsane dziecko. -  Spojrzałam na nich. Czułam się lepiej, ulżyło mi na duszy. Nie wiedziałam jak im to powiem, ale słowa same płynęły z moich ust. I były to słowa z głębi serca. Wiedziałam, że zachowałam się wobec nich źle, mam nadzieję, że mi to wybaczą.
- Rozumiemy cię w pełni Ivet. Wiemy co musisz czuć, nie chcieliśmy się ci zbytnio narzucać. Potrzebowałaś czasu, żeby dojść do siebie. – Dahlia uśmiechnęła się do mnie.
- No właśnie. Najgorzej jest przeżyć stratę, bliskiej osoby. Chcieliśmy ci pomoc, ale ty musiałaś sama to jakoś ogarnąć. – Cassie przytuliła mnie. Poczułam cos, czego mi brakowało. Uścisku, matczynego uścisku. Cass nie była moją mamą, ale zrobiła coś, czego oczekiwałam od mojej własnej mamy. Obdarzyła mnie przyjacielskim uściskiem, ale pełnym miłości, zrozumienia i współczucia. Było mi tak dobrze, nie chciałam tego przerywać. I nie wiedząc kiedy, rozpłakałam się. A Cassie nadal mnie tuliła.


 ------------------------------------------------------------------------------------------------
 Witam. a oto kolejny rozdział. Myślę,że on też się wam spodoba. Czekam na komentarze i opinie, co o nim sądzicie. sumitha


2 komentarze:

  1. Piękny rozdział. :D ;) Czekam na kolejny, równie zachwycający ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. No czemu ona... Nie ktoś inny, ale ona.. ; ( Ona jest złaa!

    OdpowiedzUsuń