Ten blog, chciałabym poświęcić mojej książce, którą zaczęłam pisać. Będę tutaj dodawać kolejno rozdziały i chciałabym,żebyście ją ocenili, jaka według was jest. Liczę na to, że pomożecie mi przy jakiś poprawkach. Pozdrawiam :)
sobota, 25 lutego 2012
Rozdział 2 25.02.2012
Rozdział II
- Nie! Cynka ! Ta sukienka zdecydowanie, do ciebie nie pasuje!
Lorien nazywała mnie Cynamonką, odkąd się znałyśmy. Uważała, że wyglądem pasowałabym do cynamonu. Ciemna karnacja, oraz rdzawo rude długie, kręcone lekko włosi i brązowe oczy, według Lor idealnie do mnie pasowały. No cóż, większość osób mieszkających w Hiszpanii, wiele by oddała, żeby tak wyglądać.
- Dobra czekoladko, już ją zmienię! – Wróciłam do przymierzalni. Cóż została mi jeszcze jedna, z 15 sukienek. Lori jak na razie, siadły tylko cztery sukienki. Beżowa na ramiączkach, do kolan. Biała dłuższa, tylko z krótkim rękawkiem, beżowa lekka, przewiewna do kostek, oraz szafirowa. Ubrałam turkusową sukienkę bez ramion, z pasującym do tego bolerkiem.
- No i jak? Ta może być?- Okręciłam się.
- Jest super! Leży na tobie jak ulał! I doskonale, podkreśla twoją figurę! – Trajkotała, zachwycona Lorien.
- Oj no, nie przesadzaj! Ty też jesteś śliczna!
Zapłaciłyśmy za sukienki, a następnie skierowałyśmy się na koktajl. Następnie kolejnym naszym punktem wędrówki, była plaża. „ Och, to tylko dwa miesiące, a już czuję, że będę strasznie tęsknić. Będzie mi brakować, tych klimatów i tylu rozmaitych osób, które znam.” Spojrzałam na Peacy i Lorien. W prawdzie Lori, nie była czystą hiszpanką. Jej rodzice Elizabeth i Dylan Crawfordowie, przeprowadzili się tu z Irlandia, kiedy ona miała 3 miesiące. Uwielbiali podróżować, a że Hiszpania była tym ich, magicznym miejscem, postanowili tu pozostać. „Znamy się z Lor, od piętnastu lat. Będzie mi jej bardzo brakować.”
- Hej, Ive! Chyba nie masz zamiaru tak siedzieć? – Cała Lorie. Zawsze cię wyciągnie w chwilach dołu do kina, albo na spacer. Styl ubierania, też miała dwój. Turkusowa bluzka, dodawała jej wdzięku, a jeansowe krótkie spodenki, idealnie pokazywały piękne, długie nogi Lorien.
- Jasne! Już do was idę! – Wstałam i zaczęłam zmierzać, w kierunku moich przyjaciółek. Ja natomiast, miałam na sobie fioletową koszulkę na ramiączkach, granatową spódniczkę do kolan i beżowe tenisówki. Kiedy do nich dołączyłam, zaczęłyśmy się bawić z Peacy.
- Pomocy!! – Rozległ się krzyk, małego dziecka. Spojrzałam w kierunku Morza. Zauważyłam materac, daleko od brzegu, a na nim leżała mała dziewczynka.
- Trzymaj Peacy! – Rzekłam do Lorien i nie zwracając uwagi, na stojących ludzi, wskoczyłam do wody. Dopłynięcie do materaca, nie zabrało mi zbyt dużo czasu, gdyż byłam świetna w pływaniu. Dziewczynka była bardzo przestraszona, i na moje oko miała około 5 lat.
- Hej, nic ci nie jest? – Jedną rękę trzymałam materac, a drugą dotknęłam małą.
- Proszę…za…zabierz mnie stąd… - Wyszeptała płacząc i spojrzała na mnie. Była jak aniołek. Zielone oczy, brązowe kręcone włoski, bez wątpienia była rodzajem pewnego słodkiego aniołka .
- Spokojnie, nie płacz. Nic ci nie zrobię. Zabiorę cię, tylko mam prośbę. A Ty, musisz mi w tym pomóc. Dobrze? - Spytałam delikatnie i pogłaskałam ją po główce. Mała spojrzała na mnie, zapłakanymi oczkami i kiwnęła główką – Nie płacz. Proszę. Trzymaj się mocno materaca. Dobrze? – mała ponownie skinęła.- Jak się nazywasz?
- E…Eliza.
- Masz śliczne imię. Dobra mała, trzymaj się. – Trzymiąc materac, zaczęłam płynąć w stronę brzegu. Mała trochę się uspokoiła. Dziwi mnie, jak rodzice mogli jej nie upilnować? A cała reszta stoi sobie na brzegu, i patrzy na nas. Dziwi mnie to, ze nikt więcej nie ruszył jej na pomoc. No ale cóż, niektórzy wolą tylko patrzeć, jak inni odwalają brudną robotę. No i wreszcie dotarłyśmy do brzegu.
- Ivette! Nic ci nie jest? – Lorien, wraz z Peacy przedzierały się przez tłum, zbliżając w naszym kierunku.
- Eliza! Liz! – Z przeciwnej strony zmierzając w naszą stronę, biegła kobieta i chłopak, w wieku około dziewiętnastu lat. Elizie nic nie było, natomiast ja byłam przemoknięta do suchej nitki. Mała zaczęła się trząść, więc otuliłam ją swoją bluzą, którą zostawiłam na brzegu.
- Elizko, skarbie! – Kobieta chwyciła dziewczynkę, i mocno ją przytuliła. – Moja myszko. Co mam mówiła? Że nie wolno się oddalać. – Matka, tuliła córkę, nie zwracając na mnie uwagi.
- Dzięki, za uratowanie siostry. – Usłyszałam z tyłu głęboki, męski głos. Odwróciłam się, i stanęłam twarzą, w twarz z tym samym chłopakiem, który zmierzał w naszym kierunku, razem z matką. Tak jak siostra, miał piękne zielone oczy.
- W sumie, to nie ma za co dziękować. Chyba każdy by tak postąpił. Hm…każdy, ale na pewno nie z tych, co tu byli na plaży.
- No właśnie. Ale ty to zrobiłaś, uratowałaś ją. – Wskazał ręką na siostrę, po czym uśmiechnął się do mnie przyjaźnie. – A jak ma na imię, ratownicza mojej siostry? – Spojrzał mi w oczy, i posłał ciepły uśmiech.
- Ratownicza twojej siostry, ma na imię Ivette. A bardzo miły i przyjazny, brat Elizy uraczy mnie, wyjawieniem swojej tożsamości?
- Cóż…jeżeli potem, nie będziesz mnie po nocach nawiedzać, to oczywiście. Nazywam się Maurico i tak jak ty, jestem Hiszpanem. – Stale patrzył w moje oczy, a mi z każdą kolejną sekundą robiło się coraz cieplej w żołądku, i dodatkowo o 20 motyli więcej latało. Nigdy nie byłam zakochana, ale coś czułam. Że to chyba właśnie jest zakochanie.
- Ive! Ivette! Nic ci nie jest? Jesteś cała? – Zdyszana Lorien, zalała mnie potokiem pytań. Peacy też rwała się, w moje ramiona. Maric patrzył na nas, chcąc zadać pytanie :” Czy wy się znacie?” Po kryjomu, kiwnęłam głową.
- Nie, nic mi nie jest. Tak, jestem cała, z resztą jak widać chyba. – Uśmiechnęłam się i w tym, właśnie momencie mała Eliza przytuliła się do mnie. Kucnęłam, żeby się z nią zrównać i przytuliłam ją. Była taka mała, delikatna i bezbronna. Cieszyłam się, że miałam dość odwagi, aby wskoczyć do wody i ją uratować.
- Dziękuję, ze uratowałaś moją małą Elizkę.
- Naprawdę nie ma za co dziękować. – Uśmiechnęłam się do kobiety, nadal tuląc jej córkę. Ukradkiem zobaczyłam, że Maurice spisuje coś na kartce „Ciekawe co to może być. No i jeszcze konsultuje to z Lorien – Pomyślałam .” No cóż, ale nie zdążyłam spytać o to Maurica. Bo właśnie rozdzwoniła się, moja komórka. To była mama. Oznajmiła, że mamy wracać. Pocałowała Elizę w czoło, i obiecałam, że w Sierpniu się zobaczymy. Natomiast Maurie włożył mi do ręki kartkę, z swoim numerem telefonu. Lori wzięła mnie za rękę i ruszyłyśmy, w drogę powrotną.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
fajny blog : )
OdpowiedzUsuńciekawe rozdziały :D
noo no podoba mi się:D
mój blog :
me-and-me-life.blogspot.com