niedziela, 26 lutego 2012

Rozdział 3 26.02.2012



           Rozdział III




  Leżąc w łóżku i patrząc w sufit, docierało do mojej świadomości to, co mama zakomunikowała mi, jak wróciłam. Otóż babcia, miała poważny wypadek. Leży w szpitalu w Rzymie. Wracała z zakupami, gdyż postanowiła zatrzymać się we Włoszech, Włoszech swojej przyjaciółki. Przechodziła przez drogę, na pasach i jakieś auto ją potraciło. Z tego co mam wie, to ma złamaną rękę, rozcięty policzek i złamane 2 zebra. Tak bardzo bym chciała, żebym zamiast do tej Dahli, mieszkającej w Dunaju, mogła pojechać do babci. No a po za tym, nawet za dużo czasu nie zostało mi na spakowanie.

 - No nareszcie, to już ostatnia. – Podałam trzecią walizkę Lorien. Od rana byłyśmy zajęte, pakowanie i przebieraniem rzeczy. Czasami to się zastanawiam, jak moje życie wyglądałoby bez Lorien. Już miałam zejść na dół po sok i ciasto marchwiowe, gdy zadzwonił mój telefon. Lorien dała mi znam, mówiąc : ”Ciekawe kto dzwoni. Dobra, to ja idę na balkon”. Spojrzałam na wyświetlacz, numer jakiś znany, tylko od tego całego zgiełku, nie mogłam sobie przypomnieć skąd go znam.
- Halo? – Spytałam ,gdy zdecydowałam się odebrać.
- Cześć Ivette, to ja Maurice! – Usłyszałam miły głos, i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zrobiło mi się w żołądku ciepło.
- Ooo.. to ty… witaj! – Wybąkałam.
- Tak, to ja. Wiesz…Ivette, wpadłem na pomysł, że może zgodziłabyś, wybrać się ze mną na plażę? – Spytał i w telefonie zaległa cisza. „O rany co robić? – Podeszłam do drzwi balkonowych, otworzyłam je i zakryłam telefon ręką
- Lorka! On chce się ze mną spotkać! - Szepnęłam
- Ok. Nic prostszego. Powiedz mu, ze o 17, na plaży .”
- Jasne, chętnie. O 17. Dobrze?
- Ok, czyli jesteśmy umówieni. – Odparł i rozłączył się.
    „ O Boże. To prawda, czy sen? Sama teraz nie wiem. Ale jeżeli to sen, to jeden z moich najpiękniejszych, który zdąża do spełnienia.”
-Hmm… w co, by cię tu ubrać? – Lorien przeszukiwała moją szafę, od 20 minut. Na razie, wybrałyśmy, jeansowe krotkie spodenki, zielony T- shirt., beżowe trampki i okulary.
- Dobra, Lorka przecież mam się już, w co ubrać! – Powtarzałam od 10 minut. Spotkam się dzisiaj z Mauricem, a jutro rano polecę do Dubaju. Dunaju zobaczę go dopiero, za miesiąc. Otóż plany, uległy małym zmianom, po wypadku babci. Miałam wrócić 7 sierpnia do Hiszpanii, bo wtedy babcia miała u nas zamieszkać.
- No Cyncia! Mam już! – Lorien wyszła z mojej szafy. Uśmiechnięta, podała mi biały sweterek. „No tak, zaczyna się. Zaraz zaproponuje mi makijaż, fryzurkę i spyta, czy może się ze mną wybrać. No tak, taka właśnie była moja przyjaciółka Lorien. Zwariowana i zakręcona, na całego .”
- No dobra moja droga, a teraz najwyższy czas na makijaż i pozwól, że czekoladka się tym zajmie – Posłała mi szczery uśmiech i chwyciła moją kosmetyczkę.
- Moja droga, twój udział w moim makijażu już od jakiegoś czasu jest w tradycji. No dobra, bierz się za ten makijaż, bo zaraz musimy iść. – Usiadłam obok toaletki i oddałam się, pod doświadczenie Lor. Cóż muszę przyznać, że moja przyjaciółka, jest dobra w te klocki. Delikatny makijaż, doskonale pasował do mojej karnacji. A jedwabiste i gęste włosy, zaczesane na bok, oplatały moje lewe ramię. Patrząc w lustro, sama byłam zdziwiona cudem, jaki zrobiła Lorien. Ubrałam wszystkie dopasowane rzeczy, wzięłyśmy Peacy i ruszyły na plażę. Dotarłyśmy tam, przed umówioną godziną.
- Dobra Ivka, będę siedzieć w tym barku pijąc koktajl. Jak będziesz po spotkaniu, to daj mi znać. – Cmoknęła mnie w policzek i podążyła, w kierunku barku.
     Ruszyłam w kierunku morza, i usiadłam na piasku. A Peacy nie potrzebując pozwolenia, ułożyła się na moich kolanach. „ Ciekawe czy w ogóle przyjdzie, czy tylko żartował. – Pomyślałam.”
- Witam bohaterkę dnia wczorajszego. – Usłyszałam głos dobiegający zza moich pleców. „A jednak nie zapomniał. – Odezwał się głos w mojej głowie. A na twarzy zagościł uśmiech.” Odwróciłam się, a obok mnie stał on. Wysoki, przystojny. W  jeansach i T-shircie. Spojrzał mi w oczy, i natychmiast poczułam, ze się rumienię. Usiadł obok mnie.
- A jaka tam ze mnie bohaterka? – Obdarzyłam go uśmiechem.
- Niezwykła. – Chwycił moją dłoń i nasze oczy się spotkały. Serce kołatało mi ze szczęścia.
- Hm. Niezwykła, jak mi miło.
- No to teraz, może wezmą przykład z mojej siostry. Zacznę się topić, a bardzo interesująca, młoda dama mnie uratuje. – Spojrzał mi w oczy i odsunął kosmyk włosów, opadający na mój policzek. Czułam się jak w raju.
- A skąd wiesz, że ja cię uratuję? Jedna kąpiel mi wystarczy. – Posłałam mu uśmiech.
- Ivette…może to trochę krępujące pytanie…ale…ciekawi mnie to, czy ty kogoś masz?
- Ja…yyy…nie…nie mam nikogo… - Mój język nagle odmówił posłuszeństwa i nie wiedząc co powiedzieć, zaczęłam się jąkać.
- Mhm…rozumiem… nie bój się, tak tylko chcę wiedzieć. – Uśmiechnął się, objął mnie ramieniem i przytulił do siebie. Poczułam delikatny zapach cytryny. Wiedziałam, ze nigdy nie zapomnę tego zapachu.
- Ślicznie wyglądasz. – Pogłaskał mnie po włosach.
- Dziękuję, ty też.
- Ivet, chciałbym się z tobą spotkać, w przyszłym tygodniu. Co ty na to?
- Wybacz  Maurice, ale muszę odmówić. Cały lipiec spędzę w Dubaju. Wracam, na początku sierpnia. – Odparłam.
- O rety! Ciekawe jak ja, bez ciebie wytrzymam miesiąc.
- Do wczoraj wytrzymywałeś, bo nawet mnie nie znałeś.
- Droga panno Ivette Martinez, pragnę ogłosić, ze od wczoraj moje życie, drastycznie się zmieniło.
- No to pozwoli pan, panie Marice Gonzalez, że byłabym bardzo wdzięczna, gdybym przyczynę tej oto zmiany, mogła poznać.
- Jak najbardziej, otóż ta zmiana leży na mnie. – Odwróciłam się i napotkałam uśmiech, na jego ustach. Popchnęłam go na plecy, a on złapał moją rękę i wylądowałam na przystojnym chłopaku. Objął rękami moją twarz, przysunął bliżej swojej i oddał ciepły pocałunek na moich ustach. Natychmiast poczułam, że muszę to zrobić. Chwyciłam moimi rękami jego twarz i odwzajemniłam pocałunek. Następnie odprowadził mnie do domu i obiecał , dzwonić oraz pisa e-meile.

2 komentarze:

  1. Wow, super rozdziały *.* Wszystkie trzy, świetnie się zapowiadają na dalszą książkę : )
    Soft ♥

    OdpowiedzUsuń